piątek, 13 grudnia 2019 r.

25 lat Pogotowia Opiekuńczego w Bydgoszczy

O roli Pogotowia Opiekuńczego, jego historii i współczesnym obliczu, a także współpracy z "bydgoskimi duchaczami" w rozmowie z dyrektorem placówki Krzysztofem Jankowskim.

- Czy pogotowie od początku mieściło się w gmachu przy ul. Traugutta?
- Tak - zresztą historia tego budynku jest niezwykle ciekawa. Jego fundatorem był bydgoski radny Ernest Heinrich Dietz, który zostawił dość duży spadek z przeznaczeniem na sierociniec. Wybudowano go w latach 1905-1907. Przed II wojną światową sierociniec prowadziło Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia z Chełmna. Po 1945 r. siostry szrytki odeszły, a powołany do życia Państwowy Dom Dziecka miał charakter świecki. Pogotowie Opiekuńcze powstało w 1978 r. Kiedy objąłem tę placówkę 14 lat temu, było więcej spraw typowo opiekuńczych. Dziś problemy są nieco inne, a pomoc często dotyczy spraw resocjalizacji - jednak mimo wszystko ta podstawowa działalność, czyli bycie do dyspozycji dziecka przez całą dobę, nie zmieniła się.

- Jaki jest maksymalny czas, podczas którego dziecko przebywa w pogotowiu?
- Zgodnie z obowiązującymi przepisami dziecko powinno być u nas 3 miesiące, maksymalnie pół roku. Jesteśmy ośrodkiem, który ma dać opiekę natychmiastową - ale nie długoterminową: zbadać sprawę, ocenić, przygotować i umieścić dziecko we właściwym typie placówki albo skierować z powrotem do domu. I to jest rola podstawowa, ale rzeczywistość wygląda nieco inaczej i my nie możemy od niej uciec. Placówek specjalistycznych brakuje - w szczególności dla tych dziewcząt i chłopców, którzy już w życiu narozrabiali - jako pedagog powiedziałbym "niedostosowanych społecznie". Przebywają u nas także dzieci chore, które mają problemy ze swoją osobowością lub są niepełnosprawne fizycznie. Ostatnia grupa podopiecznych to ci, którzy mieli już w swoim życiorysie kontakt z narkotykami i alkoholem. Więc bywa i tak, że dzieci są z nami rok, a nawet 2 lata.

- Czym różni się pogotowie od domu dziecka czy zakładu poprawczego?
- Jeżeli chodzi o dom dziecka różnice są niezbyt duże - najważniejsza z nich to czas pobytu, który u nas jest znacznie krótszy. Ponadto dom dziecka przyjmuje dzieci, które już są zdiagnozowane i mają jasną sytuację prawną. My nie mamy takiego komfortu - musimy przyjąć każde dziecko. Jeżeli chodzi o zakład poprawczy - to jest już forma więzienia dla młodocianych... W pogotowiu przebywają młodociani, którzy popełnili czyny karalne, ale są to przestępstwa mniejszej wagi - kradzieże, wymuszenia. Chociaż nie ukrywam, że w zeszłym roku czwórka naszych chłopców znalazła się w zakładzie poprawczym, czyli od nas można tam trafić, ale nigdy nie jest odwrotnie.

- Ilu wychowanków przewinęło się w ciągu tych 25 lat przez mury pogotowia?-
Moje koleżanki wyliczyły, że ponad 5300 dzieciaków - to prawdziwa armia. Rocznie przyjmujemy około 170 dzieci, drugie tyle to dzieci, które uciekają i są przyjmowane na okres jednego, dwóch dni. To daje w sumie ponad 300 dzieci rocznie, a i tak do naszej placówki jest kolejka.

- Kto kieruje dzieci do pogotowia? Czy dziecko samo może zapukać do drzwi?
- Ilość instytucji i osób, które mogą przyprowadzić do tej placówki dziecko, jest olbrzymia. W 80 procentach kierują do nas sądy rodzinne, dalej - policja, straż miejska, pracownicy socjalni i pedagodzy szkolni. Rośnie jednak grupa dzieci, które zgłaszają się same. Zdarza się, że przychodzą rodzice i piszą oświadczenie - chcą, by dzieci tutaj pozostały. W ciągu ostatniego półrocza mieliśmy kilka takich przypadków. Jedna z pań przyprowadziła czwórkę swoich dzieci - sama nie ma gdzie mieszkać, nie ma żadnych źródeł utrzymania - chciała je ocalić przed zgubnym wpływem ulicy. To ciężkie wybory...

- W pogotowiu pracują także ojcowie ze Zgromadzenia Ducha Świętego...
- Ta współpraca trwa już 10 lat. Ja żartuję nawet, że jak "duchacz" sprawdzi się w pogotowiu, to potem żadna Afryka mu niestraszna. W sytuacjach problemowych zwracaliśmy się wielokrotnie do ojców - przecież mamy próby samobójcze, różnego rodzaju depresje i nie zawsze sami jesteśmy w stanie pomóc. ,,Duchacze" mają poza tym bardzo wysoki poziom tolerancji i są cierpliwi, co bardzo mnie cieszy. Naszym dzieciom nie można powiedzieć, że "nie kradnij" jest jedyną i ostateczną prawdą. Do nich trzeba docierać w inny sposób, ponieważ większość z nich coś tam w życiu ukradła. "Duchacze" z wielkim zaangażowaniem podejmują swoje zadania apostolskie pomagające młodym ludziom z problemami i muszę powiedzieć, że robią to niezwykle trafnie, a ich trud przynosi konkretne owoce.

Rozmawiała: Katarzyna Mamys - Radio Plus Bydgoszcz

Polecamy