piątek, 13 grudnia 2019 r.

Zbawić Afrykę przez Afrykę...

Rozmowa z ks. bp Miguelem Sebastianem ze Zgromadzenia Misjonarzy Kombonianów Serca Jezusowego*, biskupem istniejącej od 1998 roku, diecezji Lai w Czadzie w Afryce.

Czy to pierwsza wizyta księdza biskupa w Polsce?
- Nie. W Polsce goszczę po raz drugi.

A w Gnieźnie?
- W Gnieźnie po raz pierwszy i muszę przyznać, że miasto jest bardzo ładne, ludzie życzliwi, a kościoły piękne i zadbane.

Przybył ksiądz biskup do naszego kraju by szukać wsparcia i nowych powołań. Czy cel został osiągnięty?
- Tak. Dodam, że to właśnie z krajów europejskich pochodzi większość pracujących w Czadzie misjonarzy. Myślę tu w szczególności o misjonarzach świeckich i katechetach, którzy są siłą napędową Kościoła w Afryce. Kraje te również udzielają nam największego wsparcia materialnego i finansowego, za które jesteśmy ogromnie wdzięczni.

Księże biskupie porozmawiajmy o powołaniu i duszpasterskiej drodze księdza biskupa. Dlaczego zgromadzenie Misjonarzy Kombonianów i dlaczego Czad?
- Zgromadzenie z wyboru, Czad z woli Pana Boga.... Urodziłem się w Hiszpanii i przyznam, że nigdy nie myślałem o pracy na misjach. Powołanie poczułem jako dorosły już człowiek i chcąc je realizować wstąpiłem do zgromadzenia Misjonarzy Kombonianów. Wysłano mnie do Portugalii gdzie miałem się przygotować do posługi w Mozambiku. Wyjazd okazał się jednak niemożliwy ze względu na panujący wówczas w tym kraju (1965 rok - przypis autorki) reżim. Wróciłem więc do Hiszpanii, potem kończyłem studia w Paryżu, aż w końcu prowincjał wysłał mnie do Czadu, którego w ogóle nie znałem i w którym, jak się okazało, nie pracował dotąd żaden kombonianin. Nie była to więc moja decyzja, ale wola Pana Boga, którą wyraził ustami mojego przełożonego i którą od dwudziestu sześciu lat staram się wypełniać najlepiej jak umiem. Dodam jeszcze, że praca na misjach to posłanie, a nie wybór. My nie wybieramy miejsca, w którym mamy głosić Dobrą Nowinę. To Bóg nas powołuje i Bóg nas posyła tam, gdzie jesteśmy potrzebni.

Powiedział ksiądz biskup, że kraju, w którym przyszło mu pracować, w ogóle nie znał. Rozumiem, że pierwszy kontakt z jego mieszkańcami, ich mentalnością i kulturą musiał być dla Europejczyka sporym zaskoczeniem.
- Rzeczywiście. Można powiedzieć, że przeżyłem "szok kulturowy". Zaskoczyło mnie przede wszystkim podejście mieszkańców Czadu do kwestii czasu. My, "ludzie zachodniej cywilizacji", staramy się go jak najlepiej spożytkować, nie tracić, ciągle się spieszymy i ciągle nam go brakuje. W Czadzie jest zupełnie inaczej. Tam czas się ofiarowuje, ofiarowuje na rozmowę, spotkanie, bycie razem. Mieszkańcy Czadu, podobnie jak wszyscy Afrykańczycy mają go zawsze pod dostatkiem. Potrafią godzinami siedzieć pod drzewem i dyskutować. Przykładowo, jeśli w spokrewnionych z sobą rodzinach zaistnieje konflikt, rodziny te spotykają się i rozmawiają dopóty, dopóki nie znajdą pozytywnego i satysfakcjonującego obie strony, rozwiązania. Czasami, narady takie trwają tygodniami. Nikt się jednak nie zniechęca i co charakterystyczne, każdy ma prawo do wyrażenia swej opinii. To bardzo ważne i godne naśladowania.

Wiem, że swoją działalność misyjną kombonianie opierają o zasadę poszanowania kultury i religii ewangelizowanej społeczności. Wiem również, że wiele z tego, co owa kultura i religia mieści, "kłóci się" z nauką Kościoła. Jak więc pogodzić to, co się zastało z tym co się przynosi?
- Odpowiadając na to pytanie odwołam się do słów Ojca Świętego Jana Pawła II, który powiedział, iż kultury ewangelizowanych narodów nie należy wykorzeniać, ale na jej bazie głosić Dobrą Nowinę i budować Kościół. Nie ma mowy o budowaniu Kościoła obok niej. Odwołam się również do przesłania naszego założyciela, błogosławionego Daniela Comboni, który pragnął ,,zbawić Afrykę rękami Afrykańczyków" czyli zaszczepić Dobrą Nowinę w sercach i umysłach jej mieszkańców i ich ustami głosić ją innym, przy poszanowaniu miejscowych obyczajów oraz zachowaniu lokalnego dorobku kulturalnego. Oczywiście, tak jak pani powiedziała, wiele z tego co ów dorobek zawiera, jest sprzeczne z nauką Kościoła, staramy się jednak, by ci, którzy są jego spadkobiercami i strażnikami, a którzy poznają dopiero Chrystusa i jego naukę, sami to zrozumieli i z czasem odrzucili. To jest właśnie oczyszczanie przez Ewangelię.

Księże biskupie "cywilizację zachodnią" trawi postępujący konsumpcjonizm i materializm. Mówi się o narastającej laicyzacji życia, zaniku duchowości i coraz poważniejszym kryzysie rodziny. Czy te zjawiska w mniejszej bądź większej skali występują na "Czarnym Lądzie"?
- Z całą pewnością nie w tak dużej jak w krajach Europy zachodniej czy Stanach Zjednoczonych. Ludy Afryki mimo, że nie schrystianizowane są bardzo religijne, społeczności krajów europejskich natomiast, mimo, że schrystianizowane są areligijne. To paradoks, ale to właśnie Afryka może przypomnieć Europie o duchowości, Afrykańczycy bowiem żyją z Bogiem, dla Boga i choć różnie Go sobie wyobrażają, lepiej niż Europejczycy czują Jego obecność i działanie. O kryzysie rodziny trudno mówić, gdyż ma ona na "Czarnym Lądzie" nieco inną formę i jest inaczej postrzegana. Klany rodzinne są bardzo liczne, w przeważającej części wielopokoleniowe, ale w wielu obecna jest jeszcze poligamia. Często też małżonkowie, mimo, iż są związani, żyją osobno, niejako na własny rachunek. Nie ma natomiast tak powszechnego w krajach wysoko rozwiniętych, materializmu. Mieszkańcy Czadu to ludzie bardzo prości, żyjący często na granicy ubóstwa, którzy z reguły nie posiadają nic prócz własnych rąk i niewielkiego poletka, które je żywi.

Kościół w Czadzie jest stosunkowo młody, liczy sobie zaledwie siedemdziesiąt lat. Diecezja, w której ksiądz biskup pracuje - dodajmy jako pierwszy biskup w jej dziejach - jest jeszcze młodsza, bo istnieje od 1998 roku i z tego co wiem rozwija się dość prężnie...
- Rzeczywiście, choć na głębokie zaszczepienie Ewangelii w sercach i umysłach żyjących w niej ludzi potrzeba jeszcze wiele czasu. Może powiem przy okazji, że diecezja Lai jest dość duża, trzy razy większa od diecezji gnieźnieńskiej (zajmuje 18.050 km2 - przypis autorki) i liczy około pięciuset sześćdziesięciu tysięcy mieszkańców. Dodam jeszcze, że pracuje w niej zaledwie dwudziestu kapłanów, w tym sześciu Czadyjczyków oraz sześciu misjonarzy świeckich, około trzydziestu sióstr zakonnych, przeszło tysiąc katechetów i blisko trzystu tak zwanych animatorów, którzy pomagają kapłanom i katechetom wprowadzać wspólnoty wioskowe w życie religijne. Wiele osób powie, że jest nas niewielu i ma rację, powiem jednak, że mimo różnych narodowości, wieku i wykształcenia, stanowimy bardzo "zgrany" zespół i mamy nadzieję, że będzie się on rozrastał.

Rozumiem, że niewielka liczba pracujących w diecezji Lai kapłanów i misjonarzy jest jedną z największych trosk księdza biskupa...
- Tak. Są też i inne. Martwi mnie panująca obecnie w Czadzie sytuacja polityczna, wszechobecna bieda, brak poszanowania godności ludzkiej i niski status kobiety. Martwi mnie to, że mieszkańcy Czadu nie mogą się w pełni otworzyć na Chrystusa, gdyż ciągle jeszcze są silnie związani z dotychczasowymi wierzeniami. Ten dualizm napawa ich strachem i sprawia, że nie potrafią się odnaleźć. Powoduje dyskonfort, z którym nie mogą sobie poradzić. Największym jednak smutkiem napawa mnie AIDS, które dziesiątkuje mieszkańców Czadu, uśmierca zarówno niemowlęta jak i starców. To wielka plaga Afryki.

Ale są i radości?
- Oczywiście. Jedną z największych jest ciągle rosnąca rzesza Czadyjczyków - ludzi prostych, biednych, nie posiadających praktycznie żadnego przygotowania, którzy z wielkim zapałem i entuzjazmem angażują się w budowanie Królestwa Bożego. Ponadto przybywający do Czadu z całego świata misjonarze, którzy mimo różnic, o których już wspomniałem, potrafią wspólnie pracować na chwałę Boga i dla jego Kościoła. Radością napełnia mnie również codzienna posługa i jej owoce, które widzę wędrując po diecezji i spotykając się z jej mieszkańcami.

A propos wędrowania po diecezji. Jak odbierają księdza biskupa wierni, jak się do księdza biskupa zwracają?
- Bardzo różnie. Zależy to między innymi od stopnia znajomości języka francuskiego. Bez względu jednak na to czy zwracają się do mnie księże biskupie, ekscelencjo czy po prostu Miguel - tak mówią najczęściej dzieci - nie ma w tym cienia strachu, nie ma dystansu,. Kontakt jest bardzo bezpośredni, powiedziałbym nawet przyjacielski, bo bardzo bezpośredni i przyjacielscy są, mieszkający w Afryce, ludzie.

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiała: BERNADETA GOZDOWSKA - Przewodnik Katolicki

Polecamy