czwartek, 20 czerwca 2019 r.

U Królowej Krajny

Sanktuarium Matki Bożej Byszewskiej otacza gruby kobierzec zieleni. Miejski gwar gubi się gdzieś na krętych drogach - zostaję sama z zaproszeniem, które Królowa Krajny od setek lat rozsyła po całej Polsce. Zabudowania poklasztorne, położone na wzniesieniu, wyłaniają się spośród wąwozów przykrytych kopułą drzew. Przeglądają się w gładkim lustrze Jeziora Świętego, które toczy swoje ospałe wody ku północy - ku Brdzie.

Wieś jest niewielka, chociaż sięga swymi korzeniami wczesnego średniowiecza. Po drodze mijam Koronowo, z którym Byszewo złączone jest historią cysterskiego opactwa. Jak głosi legenda, z klasztornej krypty, gdzie do dziś spoczywają szczątki pierwszych zakonników, prowadzi tunel do kościoła Najświętszej Marii Panny w Koronowie, którym mógł przejechać nawet wóz konny.

W latach 1253-1256 Mikołaj Zbrożek, skarbnik księcia kujawskiego Kazimierza, ufundował cystersom klasztor, włączając do ich uposażenia Byszewo razem z ośmioma sąsiednimi wsiami. W 1286 roku książę inowrocławski Siemomysł zezwolił zakonowi na lokację ośrodka miejskiego. Niestety, plan utworzenia miasta został zaniechany z chwilą, gdy cystersi przenieśli siedzibę konwentu do niedalekiej osady smolarskiej Smeysche, od połowy XIV wieku zwanej Koronowem. Byszewo utraciło swoje pierwotne znaczenie, a kolejni proboszczowie wywodzili się z konwentu koronowskiego, który sprawował opiekę duszpasterską nad wsią. Kult maryjny, zaszczepiony przez cystersów, rozwijał się przez wieki - skupiony wokół wizerunku Matki Bożej Królowej Krajny. Jak podkreśla historyk sztuki, Maciej Obremski, według zapisów kronikarskich na przełomie XVII i XVIII wieku zdarzało się, że podczas głównego odpustu nawiedzało Byszewo kilkanaście tysięcy pątników. Obecny kustosz sanktuarium, ks. Janusz Góral, przyznaje, że do kościoła pw. Przenajświętszej Trójcy przyjeżdżają pielgrzymi z różnych zakątków kraju, by przed cudownym obrazem złożyć swoje prośby i dziękczynienia.

Dominująca w okolicznym krajobrazie masywna sylwetka świątyni nie przetrwała aż tak wielkiej próby czasu - pierwszy murowany byszewski kościół został wzniesiony najprawdopodobniej na przełomie XV i XVI wieku w stylu renesansowym. Uległ jednak zniszczeniom, jakich dopuszczali się Krzyżacy, grabiąc i paląc polskie znaki wiary. Pozostałości po tej zabudowie posłużyły za kamień węgielny nowej świątyni, zbudowanej w latach 1610-1663 z inicjatywy opata koronowskiego Jana Karola Czołchańskiego. W połowie XVIII stulecia kościół został powiększony. Od strony południowej dobudowano kaplicę pw. Męki Pańskiej, a od strony północnej - kaplicę poświęconą Matce Boskiej Różańcowej.

Przy zachodnim wejściu wznosi się brama, umieszczona w wolnostojącej dzwonnicy z przełomu XVIII i XIX wieku, która spina mur okalający świątynię. W kruchcie znajduje się - wtulona w dwie ściany - romańska misa chrzcielna z XIII wieku. Powoli dochodzi do mnie woń byszewskich murów - to tak, jakby otwierało się stary rękopis, z którego można wyczytać odległą historię. Tysiące ludzi przede mną modliło się tutaj, płakało, umierało... Na progu - na posadzce przybrudzonej śladami wszystkich pór roku - można bez trudu zauważyć ceglany krzyż. Podobno został tu pochowany złodziej (niektórzy mówią, że miejscowy organista), który w ten sposób chciał odpokutować obrabowanie byszewskiej świątyni. Ocieniona ścieżka między szpalerem ławek prowadzi mnie w stronę pięknego, rokokowego prezbiterium. Ponad głową otwiera się arkada łuku tęczowego, w którą wkomponowana jest ambona (po prawej stronie) i chrzcielnica (po lewej). Ołtarz wznosi się dumnie niemal pod samo sklepienie - w wolno stojących kolumnach, za niewielkim przeszkleniem złożone są szczątki cystersów... Vanitas vanitatum...

Zasuwa obrazu powoli odkrywa święte oblicze, koronowane w 1966 roku przez bp. Kazimierza Kowalskiego. Ze wszystkich stron podrywają się ku górze dźwięki przepięknego hymnu - za chwilę spotkam się z Matką... Nie mogę oderwać oczu od serca ołtarza - myśli ulatują ku niebu jak białe gołębie. Obraz lekko się rozmywa - łzy powoli spływają po twarzy. Ich słony smak pozostanie we mnie na zawsze... Przekazy historyczne podają, że płótno zostało wyłowione z Jeziora Świętego, w którym było ukrywane w obawie przed najeźdźcą. W okresie reformacji cenny zabytek opuścił Byszewo - początkowo znalazł się w Koronowie, później w Obrze na terenie Wielkopolski, by po latach peregrynacji wrócić do Krajny.

Wychodząc, zatrzymuję się jeszcze przed gablotą, w której znajdują się cenne malowidła z końca XVII wieku. "Nie wszystek umrę..." zdają się mówić twarze, rozmyte w powodzi upływającego czasu. - W Byszewie jest coś, co jest szczególną cechą polskiej sztuki nowożytnej, czego nie ma w innych krajach europejskich - zaznacza Maciej Obremski. - Tym wyróżnikiem kulturowym, jak karabela czy kontusz szlachecki, jest portret trumienny. Obrazy przedstawiające zmarłych - najczęściej donatorów kościoła - i herby malowane na blasze były elementem uroczystości pogrzebowych, które miały charakter swoistego, sarmackiego teatru. W tym misterium śmierci portret trumienny odgrywał szczególną rolę. Mówił o autentycznej, niemal "żywej" obecności tego, z kim się żegnano. Na zewnątrz otula mnie słońce i zapach świeżej zieleni. Pośród cudu natury pną się ku niebu masywne mury świątyni - sanktuarium, które w tym roku obchodzi swoje 750-lecie. Czasami warto zostawić za sobą zmęczenie codziennego dnia i odnaleźć ścieżki, które prowadzą na Międzynarodowy Szlak Cystersów. Byszewo leży zaledwie 30 km na północ od Bydgoszczy i 10 km na zachód od Koronowa. Z pozoru niewielka, spokojna wioska, do złudzenia przypominająca setki podobnych przysiółków - rozrzuconych szczodrze pośród krajeńskiego krajobrazu, kryje w sobie wspomnienie przeszłych dni. Matka Boża Byszewska otwiera gościnne ramiona - wystarczy tylko przyjąć Jej zaproszenie.

Autor: Katarzyna Mamys - Radio Plus Bydgoszcz

Polecamy