czwartek, 27 lutego 2020 r.

Popowo od... popa i to katolickiego

Wśród przyjezdnych, którzy zwłaszcza po raz pierwszy docierają do niewielkiej miejscowości położonej niedaleko Mieściska, nazwa Popowo Kościelne budzi wcale nierzadko dosyć żywe zainteresowanie. Tutejsi mieszkańcy twierdzą, że pochodzi ona od staropolskiego słowa „pop”, którym (co może zaskakiwać) nazywano kiedyś księdza katolickiego. Obecność osoby duchownej w tej miejscowości mogła więc przesądzić o jej nazwie. Wydaje się to dosyć prawdopodobne, gdyż według najstarszych wzmianek pierwszy kościół stanął w Popowie Koscielnym już na przełomie XI/XII wieku.
Drewniany kościół w Popowie Kościelnym, który służy po dziś dzień, stanął w 1629 roku. Jego fundatorem był tutejszy dziedzic Stanisław Zagórski, którego doczesne szczątki spoczywają w krypcie kościoła. Około 1730 roku świątynia została przebudowana przez miejscowego proboszcza ks. Stanisława Łebkowskiego. W tym też roku kościół został konsekrowany, a obrzędu tego dokonał ks. bp Franciszek Kraszkowski. Kolejne przebudowy i remonty drewnianego kościoła miały miejsce w 1863, a następnie w 1913 roku. Ciekawostką, a zarazem bardzo charakterystycznym elementem wnętrza świątyni jest zbudowana w okresie międzywojennym loża, w której zasiadali co znaczniejsi mieszkańcy wsi. Obecnie, na tym honorowym miejscu, może usiąść każdy, kto chce być trochę bliżej ołtarza. Ciężkie czasy II wojny światowej kościół przetrwał bez uszczerbku, a w latach 70. został po raz kolejny poddany pracom remontowym.
Wprawdzie drewniany zabytek jest zdaniem ekspertów w dość dobrym stanie, to jednak każdego roku trzeba wykonywać przy nim szereg prac remontowych i konserwatorskich. W tym roku wzmocniono fundamenty świątyni. Aż trudno uwierzyć, że do tych, mało widocznych prac, zużyto aż siedemdziesiąt ton żwiru i równie dużo cementu. Remonty te finansowane były ze składek wiernych oraz dotacji z Urzędu Marszałkowskiego w Poznaniu

Nie największa, ale...
- Parafia w Popowie Kościelnym liczy obecnie blisko 1700 wiernych, którzy zamieszkują w sześciu okolicznych wsiach – mówi ks. Edward Lajtloch, który od sześciu lat pełni obowiązki proboszcza parafii. – Wielu z nich, aby dotrzeć na niedzielną Eucharystię, musi pokonać ponad piętnaście kilometrów. Nie jesteśmy wiec jakąś ogromną wspólnotą, ale za to z całą pewnością bardzo rozległą terytorialnie – dodaje z uśmiechem ks. proboszcz.
Podobnie jak w wielu parafiach, tak i w Popowie Kościelnym nie brak grup, które aktywnie uczestniczą w życiu wspólnoty. Ich działalności z pewnością sprzyja oddana nie tak dawno do użytku parafialna salka katechetyczna, która jest idealnym miejscem spotkań. W parafii działa więc bractwo żywego różańca, a od niedawna istnieje “dzieło duchowej adopcji” – grupa ludzi modlących się w intencji dzieci nienarodzonych, których życie jest zagrożone. Najbardziej “barwną” organizacją i z pewnością zasługującą na miano wyjątkowej jest działające w Popowie Kościelnym Bractwo Kurkowe, które ma tutaj swoją regionalną siedzibę.

Świętują strzelając
- Bractwa Kurkowe wywodzą się z Niemiec i Francji, i początkowo miały charakter obronny – tłumaczy ks. Edward Lajtloch. – Dzisiaj specyfika działalności uległa pewnej zmianie, gdyż Bractwo postrzegane jest bardziej jako organizacja o charakterze patriotyczno-religijnym, niż militarnym. Z okazji wielu świąt i uroczystości organizujemy zawody strzeleckie, a ich zwycięzcę nazywamy „królem kórkowym”. Przed rozpoczęciem zmagań odprawiana jest Msza św., po której udajemy się na strzelnicę. Dzięki tym szczególnym spotkaniom wytwarzają się pewne więzi, które są niezwykle ważne w integracji małych środowisk.
Zapytany czy trudno jest być proboszczem wiejskiej parafii, ks. Lajtloch odpowiada, iż nie jest to takie “straszne”. – Trzeba być po prostu skrupulatnym administratorem i jednocześnie otwartym duszpasterzem, starającym się poznać ludzkie potrzeby, radości i smutki. Bardzo przydatne okazują się umiejętności w dziedzinach technicznych, choćby budownictwa, gdyż wiele prac trzeba umieć wykonać samemu. Praca w tej parafii ma wiele uroków i mimo codziennych trosk nie brakuje chwil, kiedy człowiek czuje się bardzo szczęśliwym, że przyszło mu posługiwać Ludowi Bożemu właśnie w tym miejscu – mówi ks. Lajtloch.

MARCIN MAKOHOŃSKI

Polecamy