czwartek, 27 czerwca 2019 r.

...i chcę się poprawić

O rachunku sumienia, żalu za grzechy i owocnej spowiedzi z ks. bp. Wojciechem Polakiem rozmawia Bernadeta Gozdowska Ile czasu zajmuje Księdzu Biskupowi zrobienie rachunku sumienia?

- Przyznam szczerze, że nie patrzę na zegarek... Zazwyczaj robię rachunek sumienia podczas wieczornej modlitwy w przeddzień spowiedzi. Ile to trwa? Piętnaście, dwadzieścia minut, czasami więcej...

Pytam, bo wielu ludzi robi rachunek sumienia błyskawicznie – w drodze do kościoła lub w kolejce do konfesjonału. Czy taki też jest ważny?

- Rachunek sumienia nie jest dla przeżycia sakramentu pojednania koniecznie potrzebny i dlatego trudno mówić o jego ważności lub nieważności. Możemy go w ogóle nie robić i spowiadać się ważnie. Należy jednak zapytać, czy bez rachunku sumienia jesteśmy w stanie wzbudzić w sobie żal za grzechy? Czy zdołamy wykrzesać z siebie odrobinę pokory i postanowienie poprawy? Jeśli chcemy, by spowiedź była owocna, by przyczyniła się do naszego duchowego wzrostu oraz pogłębiania relacji z Panem Bogiem winniśmy go zrobić.

W jaki sposób?

- Modląc się, spoglądając w siebie, prosząc o łaskę poznania swoich grzechów... Rachunek sumienia nie jest tylko ich wyliczaniem, czy kalkulowaniem. Nie jest – jak ktoś powiedział – rachowaniem się niewolnika z panem. Rachunek sumienia winien być rozmową grzesznika z miłosiernym Ojcem, modlitwą, która wzbudza w nas żal i chęć poprawy.

Żal, który Katechizm Kościoła Katolickiego nazywa ,,bólem duszy”...

- "Bólem duszy i znienawidzeniem popełnionego grzechu z postanowieniem niegrzeszenia w przyszłości”. Zdanie to sformułowano na Soborze Trydenckim w XVI wieku i wielu osobom może się kojarzyć ze sferą emocji. Nie o nie tu jednak chodzi. Żal za grzechy to nie rozdzieranie szat, rwanie włosów z głowy i przytłaczające poczucie winy. To nazwanie po imieniu popełnionego zła, klarowna jego ocena i zrozumienie, iż niszczy ono naszą relację z Panem Bogiem i drugim człowiekiem. Że niszczy nas samych. To także uświadomienie sobie ogromu Bożej miłości, którą nasz grzech rani. Taki żal musi boleć...

A jeśli go nie czujemy lub czujemy tylko przez chwilę? Może powinniśmy zacząć od tego, by żałować, że nie żałujemy?

- Być może warto od tego zacząć... Jeśli jednak nie pójdziemy dalej, niczego nie osiągniemy. Do odczuwania autentycznego żalu za grzechy trzeba niekiedy dojrzeć. To trwa, ale nie należy się zniechęcać. Nawet żal krótkotrwały, powierzchowny może dać początek prawdziwemu nawróceniu.

Żal powierzchowny, czyli niedoskonały...

- Tak. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi o żalu doskonałym i niedoskonałym. Pierwszy rodzi się z miłości do Boga. Człowiek ma wtedy świadomość, iż grzesząc bardzo Go rani. Drugi jest konsekwencją oceny grzechu i lęku przed potępieniem. Boimy się i dlatego żałujemy. Ale i taki żal jest wartościowy, bo może nas zawrócić ze złej drogi i zaprowadzić na właściwą, wiodącą do zbawienia.

Żal za grzechy łączy się z postanowieniem poprawy. Co to właściwie znaczy "chcę się poprawić”?

- To znaczy, iż będąc świadomym popełnionego zła, chcę z nim walczyć i więcej nie grzeszyć. Oczywiście nie jest to proste. Często wracamy do dawnych nawyków i nie potrafimy się ich wyrzec. Sądzę, że w pewnym sensie postanowieniem poprawy jest już samo przyjście do spowiedzi i proszenie Pana Boga o łaskę przebaczenia.


Nie da się jednak ukryć, iż wiele osób traktuje spowiedź jak doroczny obowiązek. Jak rozliczenie się z fiskusem...


- Niestety bywa i tak... Są ludzie, którzy korzystają z sakramentu pokuty bo tak robią inni, bo trzeba mieć to z głowy. Nie należy jednak zapominać, iż każda spowiedź jest szansą, nawet ta czyniona z tak niskich pobudek. Każda spowiedź może być momentem przełomowym, początkiem duchowego przebudzenia, odrodzenia i powrotu do Pana Boga.

Ważna jest tu chyba postawa spowiednika... Słyszał Ksiądz Biskup pewnie o syndromie księdza-dzięcioła, który szybko puka to w jedną, to w drugą ściankę konfesjonału. Wówczas raczej trudno o duchowe przebudzenie...

- Rzeczywiście. Ogromna liczba penitentów, ustawiających się przy konfesjonałach zwłaszcza w okresie Wielkiego Postu, ciągle jeszcze kapłanów zaskakuje. Mówi się nawet o ,,konkursach spowiedzi”. Niemniej fizyczne zmęczenie spowiadających nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla powierzchownego i niewłaściwego sprawowania sakramentu pojednania. Kapłan musi mieć czas i siłę, by nie tylko wysłuchać penitenta, ale także udzielić mu właściwego pouczenia, a jeśli trzeba, także duchowej pomocy. Ojciec Święty powiedział kiedyś, że jeśli kapłan sam się nie spowiada lub spowiada się źle, to zawsze odbija się to na wiernych. I to niestety prawda.

Dlaczego tak trudno nam się przyznać do grzechu i słabości?

- Bo takie przyznanie się nas zawstydza. Bo nie lubimy pokazywać innym naszej gorszej strony. Osobiście uważam, że im silniejszy opór, tym większa konieczność pójścia do spowiedzi. Nie powinniśmy się jednak lękać, czy obawiać. Wyznajemy grzechy miłosiernemu Ojcu, a nie kapłanowi, który jest tylko pośrednikiem udzielającym nam Jego przebaczenia.

Odejście od konfesjonału to nie koniec. Pozostaje jeszcze zadośćuczynienie, czyli...

- ...czyli postępowanie mające odbudować to, co zniszczył grzech. Pokuta i zadośćuczynienie mają nas zmobilizować do zmiany życia i naprawienia relacji z Panem Bogiem i drugim człowiekiem. Często mówi się o pokucie, jako o lekarstwie. Każdy potrzebuje innego i dlatego spowiednik nie powinien zadawać wszystkim penitentom tej samej modlitwy, tak jak lekarz nie powinien przepisywać wszystkim chorym tych samych pastylek. To, czy ten lek wykorzystamy, czy podejmiemy zadośćuczynimy wobec Boga i bliźniego zależy już od nas.


Dziękuję za rozmowę

Polecamy