wtorek, 17 września 2019 r.

Wywiad przeprowadzony przez Tomasza Królaka, zastepcę Redaktora Naczelnego Katolickiej Agencji Informacyjnej z Ks. Abp. Henrykiem Muszyńskim w dniu 25 października 2006 r. w Gnieźnie

KAI: Księże Arcybiskupie, z wielkim zainteresowaniem czekamy na decyzję Stolicy Apostolskiej w sprawie nominacji nowego metropolity warszawskiego. Przy tej okazji musi rozstrzygnąć się także sprawa tytułu Prymasa Polski, a więc m.in. tego, czy będzie on związany z Gnieznem. Jakie są oczekiwania Księdza Arcybiskupa w tej sprawie?


- Prawie od sześciuset lat prymasostwo związane jest nieodłącznie z Gnieznem, więc wyrażam nadzieję i przekonanie, że tak pozostanie również w przyszłości. Prymasi mieszkali w różnych miejscach. Wielu z nich w Łowiczu, który wówczas należał do archidiecezji gnieźnieńskiej, ale dotychczas nikt nie kwestionował faktu, że stolica prymasowską było i jest Gniezno. W moim zrozumieniu ks. Prymas Glemp otrzymał tytuł "Kustosza Relikwii św. Wojciecha" właśnie po to, aby związać nadal prymasostwo ze stolicą św. Wojciecha.
Ojciec Święty Jan Paweł II niejednokrotnie prywatnie, a także publicznie pozdrawiając mnie jako "arcybiskupa stolicy prymasowskiej" dawał wyraz temu, że tak właśnie należy rozumieć ten dodatkowy tytuł Prymasa.
Chodzi więc w tym wypadku o rolę i miejsce Gniezna, jako kolebki Kościoła i państwa, a nie o osobę arcybiskupa gnieźnieńskiego kimkolwiek by on był. Dzisiaj tytuł prymasa ma charakter czysto honorowy, nie wiążą się z nim żadne uprawnienia jurysdykcyjne. Jest to więc pewne wyrównanie do podobnych stolic prymasowskich w Europie jak Lyon we Francji, Armagh w Irlandii czy Toledo w Hiszpanii.

KAI: Czy w tej sytuacji, zdaniem Księdza Arcybiskupa kard. Józef Glemp, metropolita warszawski, pozostanie Prymasem?


- Osobiście wyrażam przekonanie, że Ksiądz kard. Glemp nadal powinien zachować tytuł Prymasa. Jeżeli Bóg pozwoli doczekać, za półtora roku przechodzę na emeryturę. W nowej sytuacji mój następca - jeżeli taka będzie wola Ojca Świętego - jako prymas będzie nadal rezydował w Gnieźnie. W ten sposób zostanie podtrzymana wielowiekowa tradycja, która ma swój głęboki wymiar nie tylko dla archidiecezji gnieźnieńskiej, ale także dla całej Polski.
Kard. Stefan Wyszyński umierając wyraził także swoją jednoznaczną wolę, aby także po jego śmierci prymasostwo nadal zostało związane z Gnieznem. Powiedział tak: "Pamiętajcie, tradycją polskości jest powiązanie prymatury z Gnieznem wbrew jakimkolwiek myślom i zamierzeniom".

KAI: Jak w takim razie postrzega Ksiądz Arcybiskup swoją misję jako "arcybiskupa stolicy prymasowskiej"? Co było jej istotą?


- Z perspektywy mojej czternastoletniej posługi w Gnieźnie widzę coraz jaśniej, że przypadła mi rola "pomostu" pomiędzy dawnymi i nowymi czasy. Moje zadanie wiązało się wyraźnie z przygotowaniem i przeprowadzeniem kolejnych jubileuszy św. Wojciecha i z podjęciem europejskiego dziedzictwa, które pozostawił nam Jan Paweł II właśnie w Gnieźnie, i które znajduje swój wyraz w kolejnych Zjazdach Gnieźnieńskich.
Wiem również, że Janowi Pawłowi II zależało na tym, by skończyć z dziedzictwem zaborów i umożliwić także archidiecezji gnieźnieńskiej funkcjonowanie na wzór innych diecezji, których biskup powinien rezydować w stolicy własnej diecezji. Chociaż funkcja prymasa jest dzisiaj honorowa, oczekiwania kapłanów i wiernych świeckich w odniesieniu do prymasa są ogromne i wymagają dodatkowego zaangażowania w życie Kościoła.
Sądzę też, że długoletnie doświadczenie ks. Prymasa Glempa pozwoli mu nadal z wielkim pożytkiem pełnić dotychczasową funkcję Prymasa niż komuś, kto miałby ją rozpoczynać na czas krótki od nowa.

KAI: Czego najbardziej potrzeba dziś Kościołowi w Polsce, co wzbudza w tym kontekście największy niepokój?


- Najbardziej potrzeba pogłębionej świadomości eklezjalnej. Czym jest Kościół? Jaka jest jego właściwa, niezastąpiona rola i misja? I do czego zobowiązuje bycie Kościołem? Ze względu na swoją dotychczasową funkcję stróża wiary, a przez wieki także polskości, Kościół stał się czcigodną instytucją, broniącą podstawowych wartości człowieka, ale także Kościoła i narodu. Religijna funkcja Kościoła, jako głosiciela Ewangelii, szafarza sakramentów i przewodnika na drodze wiary w świadomości wiernych nierzadko przesunęła się jakby na dalsze miejsce.
Stąd często obserwujemy bolesny rozbrat pomiędzy Kościołem instytucjonalnym a świadectwem życia, pewne przewartościowanie postaw strukturalnych, kultycznych, a niedowartościowanie podstaw etycznych i moralnych. Tymczasem Kościół jest przedłużeniem komunii trynitarnej i nie przypadkiem Chrystus uczynił tę właśnie religijną jedność kryterium i miernikiem prawdziwego chrześcijaństwa.
Bezpośrednią konsekwencją tej rozdzielonej świadomości są rozliczne podziały, na które cierpimy, a jeszcze bardziej bolesnym jest fakt braku dialogu wewnątrzkościelnego pomiędzy różnymi wspólnotami, które przyznają się nie tylko do przynależności do tego samego Kościoła, ale także do wspólnoty z żyjącym w Kościele Chrystusem.

Jako wyznanie reprezentujące zdecydowaną większość społeczeństwa, nie zawsze jesteśmy świadomi faktu, jakie odczucia w stosunku do Kościoła katolickiego żywią mniejszości religijne oraz tego, że nasze zobowiązanie wyjścia naprzeciw jest niewspółmiernie większe niż gotowość z ich strony.
Poważnym niepokojem napawa też nadspodziewanie szybki proces laicyzacji i postępującego indyferentyzmu religijnego, którego wyrazem nierzadko jest rozbicie rodziny i świecki styl życia, upodobnienie się bardziej do świata niż do Chrystusa, i brak świadomości, że podobieństwo i wspólnota życia z Chrystusem jest nie do pogodzenia z duchem tego świata i upodabnianiem się do Niego.

Życie Ewangelią na co dzień zobowiązuje do tego, by nieść nadzieję w ten właśnie w dużym stopniu zlaicyzowany świat. Każde nowe wyzwanie przyjęte w duchu Ewangelii może i powinno stać się nową szansą do pogłębienia dynamizmu wiary. Wiara zaś jest w pierwszym rzędzie wspólnotą osobową z Jezusem Chrystusem a nie, jak często bywa tylko zwyczajem i tradycją.
Bogu dzięki nie brak jednak także pozytywnych oznak pogłębienia wiary autentycznego życia chrześcijańskiego i to zarówno w małych nieformalnych grupach, jak i wielu parafiach.

KAI: Czy Kościół w Polsce nie cierpi przypadkiem na kryzys przywództwa?


- W tym pytaniu wyczuwam jak gdyby nostalgię za wielkimi charyzmatycznymi autorytetami religijnymi w dalekiej i bliższej przeszłości. Zwłaszcza w osobie Karola Wojtyły - Jana Pawła II i Stefana kard. Wyszyńskiego. Ich rola jest rzeczywiście trudna do przecenienia. W okresie najsroższych powojennych prześladowań Prymas Wyszyński wziął na siebie całą odpowiedzialność za Kościół w Polsce, z wszystkimi konsekwencjami, z gotowością męczeństwa włącznie. Jest to dla mnie znak, że na trudne czasy Bóg daje także właściwych charyzmatycznych "przywódców".
Dzisiaj wkraczamy coraz bardziej w normalność, która powinna się wyrażać w głębokiej równowadze, jaka istnieje pomiędzy hierarchicznością a kolegialnością Kościoła. Jedno i drugie jest jego istotnym znamieniem, począwszy od czasów apostolskich. Wyrazem zwyczajności jest dla mnie także fakt, że cieszymy się w Kościele coraz większą liczbą świadomych i odpowiedzialnych wiernych świeckich, którzy przejmują odpowiedzialność w różnych dziedzinach życia w duchu Vaticanum II. Główne zadanie Kościoła hierarchicznego polega na formowaniu wiernych świeckich tak, by nie poddawali się klerykalizacji, a duchowieństwo nie laicyzowało się.

KAI: I to jest chyba bardzo poważny problem Kościoła jako całości?


- Trwająca przez wieki konieczność obrony Kościoła, jak również ścisłe powiązanie elementu narodowego i religijnego sprawia, że nie zawsze zgodnie z "Gaudium et spes" - "Konstytucją Apostolską o Kościele w świecie współczesnym" umiemy respektować właściwą autonomię wymiaru politycznego i religijnego. Następstwem tego jest nierzadko pomieszanie kompetencji wiernych świeckich i zadań duchownych, które powinny ograniczać się w pierwszym rzędzie do wymiaru sakralnego i sakramentalnego. Stąd nierzadko obserwujemy przynajmniej chęć instrumentalnego wykorzystania Kościoła do doraźnych celów politycznych i równie instrumentalne traktowanie partii politycznych, przynajmniej przez niektóre kręgi kościelne. System demokratyczny, który respektuje prawa człowieka jest bez wątpienia wielkim dobrodziejstwem, aby jednak dobrze mógł on służyć społeczeństwu wymaga świadomości demokratycznej i gotowości służby dobru wspólnemu, zwłaszcza u tych, którzy zostali w sposób demokratyczny do tego celu wybrani.

KAI: Ile prawdy jest w ocenach, iż pontyfikat Jana Pawła II w pewnym sensie "uśpił" polski Episkopat, tzn. że biskupi niemal instynktownie patrzyli na Rzym w sytuacjach, gdy powinni sami rozwiązać kryzysowe sytuacje, takie jak sprawa abp. Paetza czy Radia Maryja?


- Nie ulega wątpliwości, że osoba i przesłania Jana Pawła II w sposób decydujący wpływały na wszystkie programy duszpasterskie Kościoła katolickiego w Polsce. Pielgrzymki Ojca Świętego były wielką ewangelizacją całego narodu.
Papież jako jedyny widział dziś i jutro Kościoła w perspektywie prorockiej i w wielu wypadkach wyprzedzał aktualne wydarzenia i przygotowywał nas do podejmowania nowych wyzwań. Wymownym przykładem jest homilia Jana Pawła II wygłoszona w Gnieźnie w 1979 r., jako apel o jedność Kościoła Wschodu i Zachodu. Był to przecież czas, w którym trudno było sobie nawet wyobrazić jakąkolwiek formę jedności.

Nie kwestionuję, że patrząc z zewnątrz na działanie episkopatu można odnieść wrażenie, że w sposób niedostateczny angażował się on w rozwiązywanie sytuacji kryzysowych, lub nie doceniał w pełni rozmiarów takich instytucji jak Radio Maryja. Podjęcie we właściwym czasie tego problemu zaoszczędziłoby wiele późniejszych napięć i trudności. Osobiście miałem jednak okazję od samego początku obserwować rozwój tego problemu od wewnątrz poprzez wysiłki biskupów, stąd mam prawo widzieć to nieco inaczej. Być może efekty podejmowanych dyskusji były niezbyt skuteczne. Nie był to jednak problem, który byłby w jakiś sposób ignorowany. Wyrazem tego są dziś aż dwa zespoły: zespół troski duszpasterskiej o Radio Maryja, który pracuje nad statutem, jak i drugi zespół - nie mniej ważny - od spraw programowych. Dotyczy to jednak nie tyle treści religijnych, ale głównie działalności publicystycznej związanej z życiem publicznym, społecznym i politycznym. Każde, nawet katolickie radio, ma prawo do moralnej oceny wszystkich zjawisk, którymi żyje naród. Musi ono mieć jednak znamię katolickie, tzn. powszechne i nie może się wiązać z żadną opcją czy partią polityczną, a poglądy indywidualnych osób nie mogą być prezentowane jako stanowisko Kościoła katolickiego w Polsce.

KAI: Jak ocenia Ksiądz Arcybiskup podejście hierarchii Kościoła do bolesnego problemu lustracji? Prawidłowe, spóźnione, nieodpowiednie?


- Sprawa lustracji w ogólności, a zwłaszcza tzw. lustracja duchowieństwa jest dziś bez wątpienia problemem, który najbardziej bulwersuje społeczeństwo i Kościół. Głównym zagadnieniem jest - w moim przekonaniu - brak przejrzystych zasad, którymi powinien kierować się proces uczciwej lustracji zmierzający do ujawnienia całej bolesnej i złożonej prawdy o inwigilacji i krzywdach dokonywanych przez służby bezpieczeństwa systemu komunistycznego. Lustracja ogólna dotyczy przede wszystkim ludzi życia publicznego, którzy piastowali lub piastują ważne funkcje społeczne. Duchowieństwo zostało słusznie wyłączone spod tak pojętej lustracji, ponieważ duchowni nie są osobami życia publicznego w zrozumieniu ustawodawstwa państwowego.

KAI: Są jednak bez wątpienia ludźmi zaufania społecznego.


- Właśnie, i dlatego każdy przypadek dotyka nie tylko konkretnego księdza, ale także pośrednio instytucji Kościoła. Kryteria stosowane przez IPN dotyczą głównie inwigilacji opozycji politycznej. W wypadku duchownych nie mają one pełnego zastosowania, gdyż duchowni byli w pierwszym rzędzie przeciwnikami ideowymi i każdy ksiądz był przedmiotem inwigilacji, a nierzadko także różnych form nacisku, indagacji, oraz szantażu.
Papież Benedykt XVI w swoim przemówieniu do kapłanów w katedrze warszawskiej zwrócił uwagę, że w osądzie należy uwzględnić odmienne okoliczności minionych czasów. Dzisiaj, z perspektywy 30 a nawet 40 lat, gdy znamy całą prawdę o metodach i sposobach werbowania ludzi, wiele spraw skłonny jestem osądzić inaczej.

Funkcjonariusze służb bezpieczeństwa występowali podówczas jako oficjalni przedstawiciele komunistycznej władzy zachowując wszelkie pozory troski o stróżów porządku i ładu społecznego i nie musieli się przed nikim legitymować. Dopiero dziś znając całą prawdę o zbrodniczym systemie jesteśmy w pełni świadomi, że były to prawdziwe "wilki w owczej skórze". W przypadku kapłana sytuacja była szczególnie trudna i delikatna. Troska o dobro Kościoła nakazywała szczególną ostrożność i obronę Kościoła, z drugiej strony chrześcijanin, a zwłaszcza kapłan powinien w duchu Ewangelii potraktować nawet swego wroga.


KAI: Jaką dziś należałoby przyjąć perspektywę do właściwej oceny kontaktów z "wilkami"?


- Głównym kryterium powinny być kryteria moralne, które mają doprowadzić do oceny i - tak dalece jak to jest możliwe - do nawrócenia i naprawienia zła tam, gdzie to jeszcze nie nastąpiło, a jest jeszcze możliwe.
Jak sądzę, wymiar tej inwigilacji ze strony biskupów od początku nie był w sposób należyty doceniony. Być może nawet jeszcze dzisiaj nie zdajemy sobie sprawy, jakie są jej rzeczywiste rozmiary. Na wzór innych krajów postkomunistycznych, jak Czechy, Węgry, także Kościół w Polsce, po ustaleniu przejrzystych zasad powinien wziąć tę sprawę w swoje ręce. Pierwszym krokiem we właściwym kierunku jest bez wątpienia Memoriał w sprawie współpracy niektórych duchownych z organami bezpieczeństwa w Polsce w latach 1944-1989, przyjęty przez episkopat. Przy respektowaniu podstawowych zasad godności człowieka, osoby ludzkiej i prawa do dobrego imienia, pełnego wglądu do materiałów zgromadzonych przez UB i SB oraz możliwości ustosunkowania się do treści w nich zawartych, zainteresowany powinien poddać się osądowi właściwego przełożonego kościelnego: biskupa lub przełożonego zakonnego.

Wierni biblijnej zasadzie, którą znajdujemy w opisie procesu Jezusa mówiącej, że prawo nasze nie potępia człowieka, zanim go wpierw nie przesłucha i zbada, co czyni (J 7,51), cała ta procedura powinna zmierzać do tego, by dać szansę oskarżonemu do ustosunkowania się wobec zarzutów i umożliwiać mu nawrócenie i naprawienie popełnionych krzywd. W zależności od stopnia winy przełożony podejmuje decyzję, która umożliwia naprawienie popełnionego zła.


KAI: A jak widzi Ksiądz Arcybiskup rozwiązanie tzw. lustracji duchowieństwa na terenie własnej archidiecezji?

- Uwzględniając strukturę Kościoła tzw. lustracja duchowieństwa diecezjalnego powinna się rzeczywiście odbywać w ramach poszczególnych diecezji. W archidiecezji gnieźnieńskiej po zasięgnięciu opinii Kolegium Konsultorów, już dnia 20 maja 2005 r. ustanowiłem komisję złożoną na razie z trzech kapłanów: historyka, prawnika i pracownika administracji kościelnej, należących do różnych pokoleń kapłańskich. Komisja zajmuje się opracowaniem sposobów inwigilacji i infiltracji przez służby specjalne PRL duchowieństwa archidiecezji gnieźnieńskiej w latach 1945-1989. Działalność Komisji moim zdaniem nie może ograniczać się wyłącznie do tzw. lustracji, ale dochodzeniem do pełnej, obiektywnej prawdy zawartej w dokumentach komunistycznych służb specjalnych i obiektywnej ich oceny.

Dochodzenie do tej prawdy musi się odbywać oczywiście w ścisłej współpracy z pracownikami IPN, którzy w tym względzie mają już pewne doświadczenia. Wiadomo bowiem, że celem dokumentacji nie było dochodzenie do jakiejkolwiek prawdy, a służba zbrodniczej ideologii, której chodziło nie tylko o podporządkowanie Kościoła, ale także zdobywanie ludzi dla tej przestępczej działalności. Najważniejszym kryterium była użyteczność i służba systemowi z pogwałceniem najbardziej elementarnych praw ludzkich, obłuda i zakłamanie, pięknym deklaracjom odpowiadały nierzadko nieludzkie metody łamania ludzi i ich sumień. Wszystko to trzeba uwzględnić w dochodzeniu do obiektywnych faktów, by odróżnić wiarogodność dokumentów od prawdy w nich zawartej. Chodzi przecież o ukazanie także wielu pozytywnych przykładów, a nawet heroizmu w wierności Kościołowi.
Powołana przed ponad rokiem komisja niedawno otrzymała dostęp do akt IPN. Wcześniej, jak wiadomo, zgodnie z decyzją Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, obowiązywał zakaz udostępniania dokumentów osobom spoza IPN.


KAI: Czy Komisja zajmuje się teczkami personalnymi kapłanów?

- Na obecnym etapie jeszcze nie. W przygotowaniu do tego niełatwego zadania omawiałem formy i sposoby tej oceny z radą kapłańską, która służy biskupowi pomocą w ważnych i trudnych sprawach diecezji, do których należy omawiany problem.

KAI: A czy interesował się Ksiądz Arcybiskup zasobami IPN na swój temat?

- Pragnąc być wiarogodnym, muszę rozpocząć od samego siebie, od wglądu i oceny zawartości własnych teczek. W tej kwestii podjąłem już konkretne działania w IPN. Należę przecież do pokolenia, którego działalność duszpasterska przypadała na okres PRL-u i w tym czasie spotykałem się z wszystkimi możliwymi formami nakłaniania do współpracy. Miało to z reguły miejsce przy składaniu wniosku o paszport lub przy jego odbiorze. Bogu dzięki miałem światłych biskupów, których każdorazowo informowałem o tych spotkaniach. Dziś żyje z nich jedynie mój były Ordynariusz ówczesnej diecezji chełmińskiej, abp Marian Przykucki, który - jestem tego pewny - gotów jest poświadczyć ten fakt.

KAI: Jaką strategię przyjmował Ksiądz Arcybiskup podczas spotkań z SB?


- Już przy pierwszym staraniu o paszport otrzymałem od swego biskupa bardzo mądrą radę: "Staraj się, ale nie za wszelką cenę". Doskonale wiedziałem, co to oznacza. Jestem pewny, że wierność tej zasadzie uchroniła mnie od najgorszego, że w żaden sposób nie wyraziłem zgody na jakąkolwiek formę współpracy. Nie oznaczało to jednak końca mojej udręki, gdyż nadal w różnych formach byłem nękany, naciskany i inwigilowany. Z całym krytycyzmem, na jaki mnie stać, usiłuję osądzać najpierw samego siebie wobec Boga i ludzi. Cały czas towarzyszy mi jednak świadomość nemo iudex in causa sua - nikt nie jest sędzią we własnej sprawie. Religijny wymiar tej sprawy bardzo trafnie oddaje stwierdzenie św. Pawła: sam siebie nie sądzę. Sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Pan jest moim Sędzią. Zdaję sobie sprawę, że niezależnie od takiego czy innego osądu ludzkiego, będę musiał sprawę zdać w obliczu Boga i przez Niego będę sądzony, ale niezależnie od tego pragnąłbym poznać treści pisane przez tych, którzy służyli zwalczaniu Kościoła. Bogu dzięki, te bolesne doświadczenia nie odebrały mi zaufania do ludzi, na których buduję wszelkie relacje międzyludzkie.


KAI: Benedykt XVI mówi, za Janem Pawłem II o dokonującej się właśnie w Europie Zachodniej "cichej apostazji człowieka sytego", o porzucaniu zasad wiary, o świecie pełnym perwersji i użycia przywodzących na myśl wręcz czasy Nerona. Czy Kościół AD 2006 ma na to jakieś lekarstwo?

- Patrząc otwartymi oczyma na dzisiejszą rzeczywistość trudno nie dostrzec, że dziś dokonuje się "cicha apostazja człowieka sytego", która nierzadko przyjmuje formę perwersji i znamion neopogaństwa. Jest to "cicha apostazja", gdyż niemożliwa jest do ujęcia w jakichkolwiek statystykach. Dobrobyt i wygoda przyjmują znamiona nowoczesnej formy bałwochwalstwa, którym nierzadko przyporządkowuje się wszystko, a nawet Boga. Walka z formami neopogaństwa jest w pewnym sensie trudniejsza niż za czasów apostolskich, których orędzie ewangeliczne miało znamię całkowitej nowości. Neopogaństwo natomiast wyrasta przecież na glebie kiedyś kwitnącej kultury chrześcijańskiej i jako takie jest pewnie trudniejsze do przezwyciężenia. Wyraża się ono między innymi w tym, że kwestionuje się nie tylko Boży, ale także naturalny wymiar zróżnicowania płciowego, dostrzegając w różnicy płci znamię jedynie kulturowe. Stąd mówi się dziś nie tylko o związkach, ale wręcz małżeństwie osób tej samej płci, pomijając całkowicie fakt, że rodzina jest najbardziej pierwotną komórką życia i miejscem prokreacji potomstwa, i jako taka jest warunkiem utrzymania gatunku. Można byłoby cytować wiele innych znamion neopogaństwa, jak rozwiązłość obyczajowa, która staje się prawie rzeczą normalną, okultyzm i cześć oddawana siłom demonicznym.


KAI: Czy Kościół ma na to jakieś lekarstwo?

- Benedykt XVI nie tylko tak mocno podkreśla dokonującą się "cichą apostazję", ale wskazuje też na sposoby przezwyciężenia tych fundamentalnych braków. Wydaje się, że jedynym środkiem zdolnym do przezwyciężenia zepsucia moralnego jest wewnętrzna wolność, którą można uzyskać tylko wtedy, gdy Bóg staje się jedynym bogactwem i ośrodkiem oraz pełnią życia. Wewnętrzna wolność od żądzy i posiadania i to nie tylko dóbr materialnych, ale także władzy, chęci panowania nad innymi i przemocy. W gruncie rzeczy jest to przecież nic innego, jak powrót do pierwszego błogosławieństwa Kazania na Górze: Błogosławieni ubodzy w duchu. Ubóstwo tych, którzy w odpowiedzi na Bożą miłość nie tyle wyrzekają się wszystkiego, ile korzystają z dóbr ziemskich w duchu miłości i w poczuciu odpowiedzialności, że posiadanie pociąga za sobą także korelatywny obowiązek dzielenia się wszystkim, co posiadamy i czym jesteśmy.


KAI: Czy sekularyzacja na modłę zachodnią jest nieuchronnym scenariuszem dla Polski?

- To proces ogólny i jako taki nie stanowi on wyłącznej specyfiki Zachodu, obejmuje on także Polskę i inne kraje. W pewnym sensie jest on wyrazem postępu cywilizacyjnego, który oddziela sacrum od profanum jako dwa komplementarne, niezależne, ale dopełniające się zakresy. Współczesna sekularyzacja idzie jednak jeszcze krok dalej: promuje ten rodzaj świeckości, którego celem jest eliminowanie wszelkich form świętości, przynajmniej z życia publicznego. Wskazując na taką formę, jako wyraz tolerancji i postępu cywilizacyjnego w imię fałszywie pojętej wolności. W tym zrozumieniu tolerancja wyraża się w respektowaniu takiej właśnie postawy eliminacji sacrum nie uwzględniając tego, że prawdziwa tolerancja zawiera w sobie szacunek nie tylko do ludzi, ale także do Boga. Doświadczenie dwu totalitaryzmów XX w. uczy, że tam, gdzie nie ma miejsca dla Boga, nie ma również poszanowania człowieka i deptana jest jego godność.


KAI: Jak wobec tego będzie wyglądał Kościół w Polsce za kilkadziesiąt lat? Wydaje się, że coraz większe znaczenie mieć będzie osobisty wybór a nie wiara "dziedziczona", z tradycji...

- Trudno oczywiście przewidzieć jego kształt i formę za lat 20 czy 30, kiedy dorośnie pokolenie, które dzisiaj kształtuje się i wyrasta w całkowicie nowych warunkach, i żyje i karmi się w dużym stopniu treściami kultury i cywilizacji pluralistycznej. Z dużym prawdopodobieństwem można jednak powiedzieć, że przyszłość ta będzie kształtowała się inaczej niż na Zachodzie. Uważam tak dlatego, że w Polsce mamy ciągle jeszcze wiele powołań, które są znakiem żywej wiary. Ponadto duża część młodzieży to ludzie już głęboko związani ideowo z Chrystusem i Kościołem na zasadzie głęboko osobowej relacji. Religia nie jest dla tych młodych ludzi już wyłącznie dziedzictwem wieków, zwyczajem, czy kształtem kultury, a osobistym wyborem i głęboką duchową wartością, z której będą czerpali motywy do swojego postępowania, wartościowania i działania. Niepodobna też nie dostrzec, że w wielu grupach nieformalnych dominuje pragnienie pełnego chrześcijańskiego życia. Dewaluują się co prawda autorytety, ale Pismo św. staje się pokarmem, światłem i mocą na drodze własnego życia.

KAI: Mówi Ksiądz Arcybiskup o nadziejach, jaką Kościół wiąże z młodym pokoleniem, ale faktem jest także to, że - jak pokazują badania socjologiczne - znacząca część polskiej młodzieży ignoruje nauczanie Kościoła, zaś w sprawach etyki seksualnej sytuacja jest krytyczna.


- Badania socjologiczne podkreślają w dużym stopniu radykalną zmianę wzorców moralnych wśród współczesnej młodzieży. To, co do niedawna było nie do pomyślenia, staje się dzisiaj sprawą prawie albo całkowicie normalną i zwyczajną. Jest to bodaj najwyraźniej widoczne właśnie w zakresie form zachowania i etyki seksualnej. Punktem przełomowym w tym zakresie stanowią niewątpliwie środki antykoncepcyjne, możliwości zapobiegania ciąży, które czynią pożycie seksualne sprawą techniki i środków, a nie aktem decyzji moralnej.

Nie jest to jednak problem wyłącznie młodzieży. Także pokolenie dorosłych akceptuje często wolne związki. Porady rodziców i dorosłych, i to wierzących ograniczają się bardzo często do tego, by uchronić się od niepożądanej ciąży.
Nie jest to jednak na pewno prawda o całej młodzieży. Część młodzieży dzięki wyzwaniom, z którymi spotyka się prawie na co dzień w sposób świadomy wraca do tradycyjnych wartości i nie wstydzi się przyznać do tego. Duża część młodzieży, jak wykazują to głównie spotkania z Janem Pawłem II, jest ambitna i wymagająca od siebie i od innych. Dostrzega rzeczywistość w kategoriach pełnej, nie zaciemnionej prawdy i konformizmu, któremu ulega duża część dorosłej społeczności. Główny problem wyraża się w tym, by trafić do tej młodzieży w czasie ich problemów i rozterek i ukazać, że Ewangelia jest jeżeli nie receptą, to przynajmniej drogą do prawdziwego i trwałego szczęścia ludzkiego i radości, która czerpana jest z czystych, nieskażonych źródeł, i dzięki temu ma znamię trwałej. Głównym zadaniem Kościoła jest prowadzić młodzież i związać ją w sposób osobisty z Chrystusem, ukazując Go i Jego uprzedzającą miłość w stosunku do każdego z nas. Odpowiedź dana Chrystusowi w kategoriach miłości jest zdolna także do ofiary i wyrzeczenia, które są nieodzowne, by żyć życiem prawdziwie ludzkim. Życie zaś chrześcijańskie to całkowicie nowa i fascynująca płaszczyzna dla kogoś, kto pozwolił urzec i ogarnąć się Chrystusowi, wzorem św. Pawła, który spotkawszy raz Chrystusa zmartwychwstałego wyznaje: wyzbyłem się wszystkiego, bylebym zyskał przyjaźń Chrystusa (por. Flp 3,8).

KAI: Jaka powinna być chrześcijańska odpowiedź na wzrastające znaczenie islamu w Europie? W ślad za rozwojem demograficznym pójdzie przecież wzrost znaczenia tej religii. A może, biorąc pod uwagę kryzys religijny człowieka Zachodu oraz kryzys demograficzny kontynentu, powinniśmy pogodzić się z myślą, że za 50 lat będzie to kontynent o większości muzułmańskiej?


- Jaka powinna być odpowiedź chrześcijańska na ekspansję demograficzną islamu jest nad wyraz prosta, mianowicie zareagować równie dynamicznym wzrostem demograficznym chrześcijan w Europie. Jak do tego doprowadzić? Niejednokrotnie to pytanie stawiałem socjologom, politykom, ludziom życia publicznego - dosyć bezradnie rozkładali ręce. Wymaga to radykalnego przewartościowania życia rodzinnego, w którym dziecko nie będzie uważane za ciężar i obciążenie, lecz za dar Boga. W gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do miary miłości. Tam gdzie jest prawdziwa miłość małżeńska, jest także miejsce dla nowego człowieka, i na ofiary i obciążenia, z którymi związane jest przyjście na świat każdego nowego dziecka w rodzinie. Bogu dzięki istnieją już pewne ruchy prorodzinne, które w sposób świadomy pielęgnują nowy styl życia rodzinnego, w których dzieci dorastają również w duchu i atmosferze wzajemnego zaufania, życzliwości i miłości. Jest to bez wątpienia radosny fakt w kontekście wymierającej Europy, a także i Polski. Nie potrzeba być ani prorokiem ani socjologiem, by wiedzieć, że narody wymieniające nie mają przyszłości. Ze strony Kościoła wymaga to ogromnego wysiłku formacyjnego, by kształtować taką nową świadomość, a wraz z nią nowy styl życia rodzinnego. Jeżeli utrzyma się aktualny trend, jak wskazują socjologowie, w bliższej lub dalszej przyszłości w niektórych krajach europejskich muzułmanie będą stanowili większość.

KAI: A problem "ekspansji" ideowej wyznawców islamu?


- To jest osobna kwestia. Ciągle otwartym jest problem czy zmierzamy do zderzenia dwóch cywilizacji: islamskiej i chrześcijańskiej. Religia muzułmańska stanowi nierozłączne znamię własnej cywilizacji, jak to miało miejsce do niedawna także w cywilizacji europejskiej. Dzięki radykalnemu zeświecczeniu kultury europejskiej wielu gotowych jest traktować chrześcijaństwo jako religie osobistą bez większego wpływu na życie i postawy społeczne. Nie ulega wątpliwości, że chrześcijaństwo musi podjąć nowy wysiłek, aby odzyskać swój pierwotny dynamizm i wiarogodność przez autentyczne świadectwo swoich wyznawców.

Wiadomo, że pogłębienie tożsamości religijnej dokonuje się zawsze na płaszczyźnie osobowej. Świadoma akceptacja i pełne utożsamienie się z zasadami własnej religii oraz ich praktykowanie stanowi nieodzowny warunek odbudowania pełnej tożsamości osobowej. Ta z kolei warunkuje podjęcie dialogu i wzajemne poszanowanie z zaakceptowaniem inności i odmienności. Świadome przeżywanie treści religijnych zarówno przez chrześcijan, jak i muzułmanów powinno zbliżać, a nie oddalać ludzi. W gruncie rzeczy jedni i drudzy są wyznawcami religii monoteistycznych, chociaż w różnym wymiarze i formie. Nie brak również wspólnych korzeni i dziedzictwa religijnego. Wspólni przodkowie w wierze, a także obecność Chrystusa i Jego Matki w Koranie dla ludzi wolnych od uprzedzeń i wzajemnych niechęci i zawiści, powinni jeśli nie łączyć, to przynajmniej nie powinni dzielić ich od siebie.


Tomasz Królak / Gniezno
--

Polecamy