wtorek, 25 czerwca 2019 r.

Lustracyjne schody

Diecezjalna Komisja Historyczna istnieje w archidiecezji gnieźnieńskiej od maja 2005 roku. Wyniki jej prac trudno jednak nazwać imponującymi. Podwód? Dostęp i korzystanie z archiwów IPN jest – delikatnie mówiąc – nieco skomplikowane.

Na pozór wszystko wydaje się proste. Człowiek zgłasza się do konkretnego oddziału IPN, mówi, co go interesuje i niemal natychmiast dostaje stos pożółkłych teczek o arcyciekawej zawartości. W rzeczywistości procedura jest dużo bardziej skomplikowana. Trzeba cierpliwie czekać i dokładnie wiedzieć, czego się szuka, bo inaczej można trafić, jak przysłowiową kulą w płot. Wyjątków nie robi się nawet dla członków Diecezjalnych Komisji Historycznych, którzy traktowani są jak inni ,,petenci” i nie mają bezpośredniego dostępu do poszczególnych katalogów. Skoro nie mają dostępu, nie wiedzą, co one zawierają i w konsekwencji nie mogą prosić o udostępnienie im konkretnych dokumentów. Co zatem mogą? Mogą zdać się na pracownika IPN, który dostarczy im jakieś dokumenty lub pytać, czy interesujące ich akta znajdują się w archiwach, z nadzieją, że w końcu trafią. – Nie wiem, czy członkowie komisji działających w innych diecezjach mają podobne doświadczenia, ale moim zdaniem to syzyfowa praca – mówi ks. dr Marian Aleksandrowicz z gnieźnieńskiej komisji, w której skład wchodzi jeszcze dwóch kapłanów: ks. dr Tadeusz Kujawski i ks. dr Krzysztof Wętkowski.

Gra w ciemno
Zadaniem Diecezjalnych Komisji Historycznych jest – mówiąc najkrócej – zbadanie metod i stopnia inwigilacji duchowieństwa danej diecezji przez Służby Bezpieczeństwa PRL. Innymi słowy, chodzi nie tyle o wyłuskanie ewentualnych tajnych współpracowników, co o ustalenie mechanizmów represji stosowanych przez SB oraz określenie przybliżonej liczby kapłanów, którzy poszli na współpracę. Wykonanie rzetelnych badań – a tylko o takich może być mowa – jest jednak bardzo trudne bez pobieżnej choćby wiedzy na temat zawartości archiwów IPN. Ustanowiona przez Arcybiskupa Gnieźnieńskiego w połowie 2005 roku komisja, dopiero po ponad roku otrzymała zgodę na dostęp do akt IPN. Wcześniej, zgodnie z decyzją Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, obowiązywał zakaz udostępniania dokumentów osobom spoza IPN. Teraz dostęp do archiwów utrudnia skomplikowana procedura. – Nie mamy wglądu w katalogi, nie wiemy więc ile dokumentów zachowało się w archiwach i czego te dokumenty dotyczą – tłumaczy ks. Aleksnadrowicz. – Nasza praca przypomina trochę zgadywankę. Możemy zapytać pracownika IPN, czy dokumenty danej sprawy lub osoby znajdują się w archiwach i jeśli tak, to możemy mieć do nich wgląd. Jest to sensowne, gdy interesujemy się konkretnym człowiekiem, lub zagadnieniem. Gdy jednak w grę wchodzi blisko czterdziestoletni okres inwigilacji Kościoła, zaczyna to być absurdalne – dodaje ks. Aleksandrowicz.

Ogrom pracy
Karkołomności zadaniu przydaje jeszcze różnorodność materiału zgromadzonego w archiwach IPN. Służby Bezpieczeństwa interesowały się wszystkim i tzw. teczkę ewidencyjno-operacyjną zakładały każdemu duchownemu, także rozpoczynającym naukę w seminarium klerykom. Wielu księży nie zdawało sobie z tego sprawy. Często nie byli też świadomi, że mało znaczące incydenty mogą być przez SB generowane i wykorzystywane. Wielu kapłanów nie sądziło również, że w oczach SB są kandydatami na tzw. tajnych współpracowników. Dlatego – jak mówi ks. Marian Aleksandrowicz – nie można pochopnie oceniać i w każdym, kogo nazwisko znajduje się w teczkach IPN widzieć tajnego współpracownika. Oczywiście zawartość owych teczek musi być zbadana, nie można tego jednak robić pobieżnie i na ,,pół gwizdka”.

Bernadeta Gozdowska

Polecamy