środa, 23 października 2019 r.

Abp Kowalczyk dla KAI: Jestem przeciwny mitologizacji funkcji Prymasa

Wciąż musimy robić rachunek sumienia, czy jako biskupi należycie odpowiadamy na zadania, jakie zostały przed nami postawione - mówi w wywiadzie dla KAI abp Józef Kowalczyk, prymas nominat i Nuncjusz Apostolski w Polsce. Wyjaśnia, że Prymas jest potrzebny jako autorytet moralny. Ale prymasostwo na tyle będzie miało znaczenie, na ile gnieźnieński biskup będzie skutecznym pasterzem, szafarzem słowa Bożego i sakramentów.

A oto tekst wywiadu z abp. Józefem Kowalczykiem:


KAI: Po epoce wielkich Prymasów Polski, kiedy to prymas posiadał specjalne pełnomocnictwa i w praktyce stał na czele Kościoła w Polsce, przyszedł czas kolegialności. Jednak w Polsce świadomość wyjątkowej roli prymasa wciąż jest zakorzeniona. Co możemy powiedzieć o aktualnej roli Prymasa Polski? Jak Ksiądz Arcybiskup ten urząd zamierza sprawować?

Po pierwsze nie jest to już urząd, tak jak przez wieki. Dziś jest to honorowy tytuł związany z posługą arcybiskupa metropolity gnieźnieńskiego. Prymas nie ma władzy jurysdykcyjnej.

Jestem przeciwny mitologizacji funkcji prymasa. Wynikała ona ze specyficznych historycznych uwarunkować, które dziś nie mają miejsca. Ważnym krokiem w kierunku uporządkowania tych spraw była bulla Jana Pawła II: „Totus Tuus Poloniae populus” z 1992 r. Dokonano wówczas m. in. rozdzielenia posługi arcybiskupa gnieźnieńskiego od warszawskiego. Poprzednia formuła była sprzeczna z normą kanoniczną.

Dzisiaj Stolica Apostolska bardzo dużą wagę przywiązuje do tego, aby biskup zarządzał tylko jedną diecezją. Chodzi o ciągłość pracy duszpasterskiej i o jej skuteczność, o kontakt ludzi z biskupem i odwrotnie. Trzeba, aby ludzie byli bliżej biskupa a biskup bliżej ludzi. To był podstawowy argument przeprowadzonego w 1992 r. podziału administracyjnego Kościoła w Polsce.


KAI: Prymas pozostaje więc tylko autorytetem moralnym?

- Autorytetu nie zdobywa się przez przyciśnięcie guziczka. Jeśli będzie takie zapotrzebowanie, wola biskupów i ludzi, to oczywiście będę zabierać głos w ważnych sprawach Kościoła i Ojczyzny. Jednak nie zamierzam forsować żadnej sztucznej władzy prymasa, bo byłoby to nie do zaakceptowania przez tych, co mają „sensus Ecclesiae”.

Prymas jest potrzebny jako autorytet moralny. Ale prymasostwo na tyle będzie miało znaczenie, na ile gnieźnieński biskup będzie skutecznym pasterzem, szafarzem słowa Bożego i sakramentów; na ile będzie dobrym biskupem diecezji, do której został posłany. Od tego, jak swą funkcję kapłańską i biskupią będzie spełniać, zależeć będzie jakim stanie się Prymasem Polski. Będzie to prymasostwo realizowane inaczej niż w przeszłości. Prymas będzie także punktem odniesienia dla emigracji, dla której jest symbolem Kościoła w Ojczyźnie.


KAI: Mówi się o zasadzie procedencji, która towarzyszy Prymasowi.

- Zawsze arcybiskup gnieźnieński będzie miał ten tytuł z racji reprezentowania pierwszej metropolii w Polsce. Jeśli natomiast chodzi o przewodnictwo ogólnopolskim uroczystościom, zostało to ustalone przez Radę Stałą Episkopatu, po grudniowej nominacji na prymasa abp. Henryka Muszyńskiego. Rada Stała podzieliła przewodniczenie pomiędzy prymasa, przewodniczącego Konferencji Episkopatu i metropolitę krakowskiego. Celebracja na Jasnej Górze 15 sierpnia została zarezerwowana biskupowi miejsca. Niech ludzie widzą różne twarze i słyszą różne głosy - byle był w tym dar mądrości, o który trzeba się modlić.


KAI: Od momentu objęcia archidiecezji gnieźnieńskiej będzie Ksiądz Arcybiskup członkiem Konferencji Episkopatu. A przy tym osobą najlepiej poinformowaną jeśli chodzi o Kościół w Polsce. Przez 21 lat informacje o tutejszym Kościele płynęły do Stolicy Apostolskiej za pośrednictwem Nuncjatury. Co Ksiądz Arcybiskup chciałby wnieść nowego, zmienić, bądź zreformować?


- Wciąż musimy robić rachunek sumienia, czy jako biskupi należycie odpowiadamy na zadania, jakie zostały przed nami postawione.

Jednym z zadań, czekających na realizację, jest organizacja pracy w metropoliach. Powinna ona poprzedzać pracę na forum Episkopatu. W ramach każdej metropolii biskupi winni studiować problemy, które są dla niej charakterystyczne. Dopiero potem winni wnosić je na forum Konferencji. W ten sposób jej praca byłaby bardziej owocna. Ta przestrzeń dotąd nie została należycie zagospodarowana.

Należy pilnować, aby zebrania Konferencji charakteryzował duch eklezjalny, a nie przebiegały na wzór zebrania partyjnego. Pogłębianie wiary, życie sakramentalne i posługa Słowa Bożego - to są nasze podstawowe zadania. Chodzi o to, byśmy jako kapłani i biskupi byli mistrzami w głoszeniu Słowa, w zbliżaniu człowieka do Boga i ludzi do siebie nawzajem. Natomiast kompetencje ekonomiczne czy inne nie są ważne. Jeśli kapłan zna się najlepiej na budownictwie i mógłby zastąpić technika, to dlaczego został księdzem a nie technikiem?

Co innego uprawianie „hobby”, ale z zachowaniem właściwej hierarchii. Pamiętam jednego z moich duchowych mistrzów na Warmii, bp. Juliana Wojtkowskiego. Pasjonował się lokomotywami; znał doskonale każdy jej typ, miejsce produkcji, sposób budowy, itd. Miał także wiele innych, ukrytych sprawności, szczególnie językowych, oraz szeroką wiedzę z innych dziedzin. Ale to wszystko nie zakłócało istotnej misji jego kapłaństwa. Był autentyczny, był wzorem w dochowywaniu wierności powołaniu kapłańskiemu i posłudze.


KAI: Ksiądz Arcybiskup przed kilkunastoma dniami przewodniczył pogrzebowi Mikołaja Kopernika. Jako młody ksiądz był ongiś Ksiądz Arcybiskup kanonikiem warmińskim, tak samo jak Kopernik...

- Powtórny pogrzeb Kopernika w katedrze fromborskiej przeżyłem mocno. Cieszę się, że naszemu pokoleniu przyszło oddać szacunek temu wielkiemu uczonemu. Jest on dowodem, że nauka nie musi rozwijać się najlepiej w stolicach, ale całkiem dobrze radzi sobie na peryferiach. „De revolutionibus orbium coelestium" napisał on we Fromborku, a nie w Krakowie, czy w Warszawie.

Przy okazji wspomniałbym biskupa warmińskiego Hozjusza. Dzięki niemu archidiecezja warmińska zwana „Świętą Warmią” nie uległa wpływom protestanckim po sekularyzacji Prus. Tam, gdzie biskupami byli zakonnicy krzyżaccy, diecezje ich przeszły na protestantyzm. Kard. Hozjusz obronił katolickość Warmii.

KAI: Mówi się, ze przyspieszeniu uległ jego proces beatyfikacyjny, choć na wyniesienie na ołtarze kard. Hozjusz czeka już kilkaset lat?

- Nalegamy na to, ja też. Biskup warmiński kard. Stanisław Hozjusz był jednym z ojców Soboru Trydenckiego. Zmarł we Włoszech i został pochowany w rzymskiej bazylice Santa Maria in Trastevere. Dlatego ten kościół został przydzielony jako kościół tytularny kard. Wyszyńskiemu a później kard. Glempowi. Hozjusz jest uznawany za wielkiego obrońcę wiary katolickiej. Na jego grobie jest napis: „Nie jest katolikiem ten, kto od wiary katolickiej odstaje”.

Faktycznie, jako kapłan i pracownik Sekretariatu Stanu, należałem do kapituły warmińskiej, a później, kiedy zostałem nuncjuszem apostolskim, zrzekłem się tego tytułu. Trochę żałuję, że w Polsce kompetencje kanoników zostały zapomniane. Kanonicy na przestrzeni dziejów odegrali ogromną rolę, chociażby w niedawnych czasach na tzw. ziemiach odzyskanych. Kiedy władza komunistyczna nie dopuszczała do mianowania biskupów, zarządzali nimi wikariusze kapitulni.


KAI: Archidiecezję Gnieźnieńską Ekscelencja obejmuje po niebagatelnym poprzedniku. Za rządów abp. Muszyńskiego Gniezno, będące u początków chrześcijaństwa w Polsce, stało się ważnym miejscem na duchowej mapie dzisiejszej Europy. Jak ta misja Gniezna będzie kontynuowana?


- Abp Muszyński w oparciu o bullę „Totus Tuus poloniae populus” stał się rezydującym na stałe w Gnieźnie biskupem archidiecezji gnieźnieńskiej. Za jego rządów nastąpiła rewaloryzacja Gniezna i diecezji. Za to należą mu się słowa uznania.

Jednym z wielkich jego osiągnięć są Zjazdy Gnieźnieńskie. Uczyniły one z Gniezna „okno na świat” chrześcijańskiej Polski. Nie wolno tego zmarnować. W rozmowie z abp. Muszyńskim poprosiłem, aby nadal nad zjazdami pracował. Niech je prowadzi dopóki sił starczy. W wielu miejscach Europy słyszałem o tych zjazdach w bardzo ciepłych słowach. Ich rolą jest inspirowanie debaty, co chrześcijaństwo ma do zaoferowania współczesnej Europie. Jeżeli Polska ma Europie coś do dania, to właśnie na Zjazdach Gnieźnieńskich winniśmy o tym debatować.


KAI: A co konkretnie ma do dania?

- Bardzo wiele. Europie i światu możemy dać naszą tożsamość, autentyczność, nasze przekonania i wierność zasadom... Proszę spojrzeć na Jana Pawła II. Pierwszą encyklikę, „Redemptor hominis”, opublikował na progu pontyfikatu w marcu 1979 r. Pisał ją po polsku (jak wszystkie encykliki) a napisane teksty dawał Sekcji Polskiej do tłumaczenia. Pewnego razu zapytałem papieża: „Kiedy Ojciec Święty miał czas na przemyślenie tego wszystkiego?” Odpowiedział: „człowieku, ja to wszystko przywiozłem z Polski i tylko przelałem to na papier”. Okazało się, że to, co z tej Polski przywiózł i zatytułował „Redemptor hominis” (pisząc m.in. o tym, że „człowiek jest drogą Kościoła”, a czego początkowo watykańscy pracownicy niełatwo akceptowali), wywołało ogromne zainteresowanie i ożywiło cały Kościół.

Sami nie wiemy, iloma wartościami możemy obdarować innych. Nasza świadomość jest obciążona myśleniem z przeszłości, wedle którego sami możemy czerpać z Zachodu, ale nie mamy nic w zamian do zaoferowania. Protestuję przeciwko takiej postawie. Kard. Wyszyński powiedział, że mamy talent do zwożenia zza granicy wszelkich „rupieci”.

Mamy wiele do przekazania Zachodowi, zresztą Zachód to czuje; liczy na pomoc polskich polityków z różnych środowisk w ożywieniu ducha wspólnoty europejskiej. Zamiast marnować czas i energię na wewnętrzne kłótnie, powinniśmy zwrócić na to uwagę, wykorzystać ten moment. Nie będę tu cytował nazwisk, ale wiemy przecież, że są osoby, które działając w instytucjach europejskich pracują nad tym, aby wspólnota europejska rozwijała się także o świadomość Europy Środkowo-Wschodniej. Któż bowiem lepiej rozumie ten region, jak nie ludzie, którzy tu wyrośli? Okazuje się, że nie wszystko, czego się tutaj nauczyli jest złe. Z takiego stereotypu musimy się wyleczyć.


KAI: Poprzednik Księdza Arcybiskupa, abp Muszyński w ostatnim czasie zaangażował się w dialog polsko-rosyjski, w szczególności z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym. Nowym impulsem w tej sferze okazała się tragedia smoleńska. Jak ta kwestia winna być realizowana?

- Ma to ogromne znaczenie! To jest kontynuacja tego, co powiedział w Gnieźnie Ojciec Święty, a mianowicie, że Europa musi oddychać dwoma płucami. W encyklice „Slavorum Apostoli” Jan Paweł II podkreślał znaczenie świętych Cyryla i Metodego, co więcej, uczynił ich współpatronami Europy, obok św. Benedykta, co było zadziwiające, a nawet szokujące. Papież dał nam przesłanie, jak wielką wartość wnieśli w kulturę religijną ci dwaj apostołowie Słowian i jak wielką wartość duchową stanowi Kościół wschodni, prawosławny. Myślę, że byłoby rzeczą przedziwną, gdybyśmy tego ekumenicznego ducha nie rozwijali, przy całej świadomości, że wymaga to i czasu, i dojrzewania, i zmiany pewnej świadomości zarówno u nas jak i u nich. Powinno się dojść do takiego sformułowania uzgodnień, które nas zbliży, podobnie jak miało to miejsce z Niemcami.

Przykłady mamy także w Polsce. Potrafiliśmy zrobić wiele wobec Kościoła prawosławnego, do czego przyczynił się także konkordat. Otrzymałem niedawno list od arcybiskupa Sawy, który dziękował mi za to, co wniosłem jako nuncjusz do wzajemnych kontaktów z Kościołem prawosławnym. Bardzo podobała mi się także wypowiedź arcybiskupa Jeremiasza, który powiedział, że nigdy w dziejach prawosławie w Polsce nie miało takiej wolności jaką ma dzisiaj. Nazywa mnie przyjacielem, z czego bardzo się cieszę. Dlatego podczas ostatniego spotkania z okazji Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan zaznaczyłem, że odstępuję od modlitwy błagalnej na rzecz dziękczynnej za to, co osiągnęliśmy. A osiągnęliśmy wiele, bo dzisiaj mamy już pełną świadomość tego, że – jak często podkreślał abp Nossol – wierzymy w tego samego Boga ale trochę inaczej; modlimy się do tego samego Boga, ale trochę inaczej. Dziękuję Panu Bogu, że do tego doszliśmy. Trzeba iść dalej i myślę, że to, co zostało podjęte, powinno być rozwijane i roztropnie kontynuowane, z nadzieją, że będziemy dojrzewać.

Naród rosyjski, jak sam się przekonałem, ma ogromne poszanowanie sacrum. System polityczny w jakim żyliśmy przez dziesięciolecia nie może być dla nas wyznacznikiem tego czy i na ile mamy szanować naród rosyjski, bo ten naród i Kościół prawosławny od tych różnych systemów wystarczająco dużo wycierpiał – być może więcej niż Polacy. Dlaczego więc mielibyśmy od tego narodu odwracać się plecami?

Jestem zwolennikiem rozmawiania, stwarzania płaszczyzn życzliwej współpracy. Oczywiście, wszystko zależy od tego, czy po obydwu stronach jest „wola polityczna”. Życzę arcybiskupowi Muszyńskiemu i całemu zespołowi Episkopatu, by udało się owocnie sfinalizować rozmowy z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym.


KAI: Czy zdaniem Księdza Arcybiskupa, możemy spodziewać się wspólnego orędzia jeszcze w tym roku?

- Nie jest istotne, czy stanie się to miesiąc wcześniej czy później. Istotne jest, żeby treść tego dokumentu była uzgodniona w sposób partnerski, życzliwy, ze świadomością, że chcemy iść drogą pojednania i zbliżenia.


KAI: A co zrobić z wielkim dziedzictwem papieża, żeby było ono w Polsce bardziej obecne i żywe. Bo, pomimo częstych deklaracji o wierności jego nauczaniu, realizacja jego wizji pozostaje sprawą otwartą...

- Potrzeba jeszcze wiele pracy. Zdominował nas, niestety, wymiar emocjonalny, zaś cały kapitał merytoryczny został nieco zepchnięty na drugi plan. Fascynują nas pełne emocji przeżycia przy papieskim grobie oraz każda informacja o procesie beatyfikacyjnym. Natomiast gdy chodzi o treści, jakie Ojciec Święty przekazał, to są one mało pogłębiane. Aczkolwiek nie powiedziałbym, że nie tkwią gdzieś w pokładach ludzkiej duszy...

Przekonałem się o tym, kiedy przygotowywaliśmy album z wyborem wpisów do księgi kondolencyjnej wystawionej w nuncjaturze po śmierci Jana Pawła II. Czuło się wówczas ducha tego papieża! Po jego odejściu podziały partyjne, poglądy polityczne itd. przestały istnieć! Tego ducha czuło się także po tragedii lotniczej pod Smoleńskiem – byliśmy wszyscy solidarni z rodzinami ofiar. Podobnie jak wobec klęski powodzi.

Jego duch jest obecny, a naszym zadaniem jest go ożywiać i przypominać kierowane do nas słowa, na przykład te z czerwca 1983 roku: „Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali”. To jest wielkie przesłanie, nie tylko do młodzieży ale dla nas wszystkich, także dla mnie. Modlę się, żebym mógł to wskazanie jak najlepiej realizować.


KAI: Jan Paweł II wskazał całemu Kościołowi, także Kościołowi w Polsce, pewien znamienny, posoborowy model obecności w świecie. Będąc, jak każdy papież, strażnikiem doktryny zachowywał postawę otwartości, życzliwości, gotowości do współpracy z innymi światopoglądami, religiami itd. Czy nie powinniśmy obawiać się, że nasza, polska recepcja takiego właśnie papieskiego stylu pozostawia wiele do życzenia?

- To kwestia bardzo ważna i była mi szczególnie bliska podczas pełnienia misji nuncjusza. Jan Paweł II był personalistą, i to nie tylko w znaczeniu jego filozoficznych przekonań ale także w praktyce. Dla papieża każdy człowiek jest zwieńczeniem dzieła stworzenia. W każdym człowieku widział on niepowtarzalny podmiot – osobę ludzką – i tym się autentycznie fascynował. Fascynował się konkretnym człowiekiem, nie pytając o nic: ani o legitymację, ani o to czy jest obrzezany, czy jest ochrzczony itp. Widział człowieka! To zjednywało mu wielką sympatię, tym bardziej, że ludzie lgnąc do niego, w takiej postawie widzieli autentyzm a nie wystudiowaną pozę. Gdybyśmy tego ducha potrafili w sobie mocno zakorzenić i gdyby on zaistniał szeroko w Polsce, to zarówno w polityce, życiu codziennym, na ulicy i mediach – byłoby trochę inaczej... O to się modlę i chciałbym, żeby Polacy zmobilizowali siły w tym kierunku.

Jeśli dyskusja polityczna czy jakakolwiek inna jest merytoryczna, prowadzona z kulturą i szacunkiem dla partnera, to uczestnik takiej dysputy, choć niekoniecznie będzie podzielał zdanie adwersarza – wysłucha go i będzie się zastanawiał czy nie było tam jakichś wątków, które powinny do niego przemówić. Każdy, kto uprawia jakąś dyscyplinę nauki czy zgłębia jakiś temat wie, jak wiele wątków w jego dziedzinie wciąż pozostaje niejasnych czy niepewnych, dlatego będzie mówił roztropnie i z otwartością także na inny punkt widzenia. To jest dyskusja uczciwa człowieka, który chce wnieść coś pozytywnego. Ale bywa niestety tak, że im ktoś mniej zna temat, tym chętniej „dekretuje” i operuje stylem bezdyskusyjnym. Na takie dyskusje szkoda czasu, bo jest to „młócenie słomy”.


KAI: Czy brak umiejętności wysłuchania inaczej myślących jest także przypadłością Kościoła w Polsce? Niekiedy ujawnia się przecież chęć etykietowania innych z uwagi na ich określoną przynależność partyjną czy opcję światopoglądową.

- Myślę, że w tym wymiarze sytuacja powinna zostać zrewidowana – w imię ludzkiej uczciwości. Przecież ktoś może być agnostykiem, ale czy to jest najważniejsze? Najważniejsze, by był uczciwym człowiekiem. Dyskusja na temat kształtu polskiej polityki czy gospodarki powinna charakteryzować się mocnymi argumentami, a nie emocjami, obelgami czy obrzucaniem innego błotem i poniżaniem go w jego człowieczeństwie. Takie działania mijają się z celem i z godnością mówiącego. Błagałbym wszystkich, którzy uprawiają taki styl: rozmawiajmy z kulturą. Wiadomo przecież, że taka emocjonalna wypowiedź nikogo nie nawróci i nie przekona, natomiast może zepsuć. Odstąpmy więc od tej „metody”, a zastosujmy zasadę dyskutowania w wyważony sposób. Skończmy z dyskutowaniem w dawnym partyjniackim stylu, znanym z potępiania kułaków czy innych „wsteczników” – sługusów zgniłego kapitalizmu. Znamy ten język. Dziś znajduje on swoje odbicie w nieco innych sformułowaniach.


KAI: Również w kazaniach?

- Wszyscy nosimy w sobie „homo sovieticus”, ja też – i bronię się przed tym.

KAI: Przed trzema laty udzielił Ksiądz Arcybiskup reprymendy duchownym, którzy podczas Bożego Ciała wygłaszali homilie o charakterze politycznym. „Nabożeństwa liturgiczne to nie wiece” – brzmiała ta przestroga. Czy i na ile pozostaje aktualna?

- Pan Bóg dał każdemu dar inteligencji i mądrości, o które wciąż powinniśmy się modlić. Celem uroczystości Bożego Ciała jest kult Eucharystii i ukazanie, czym ona jest dla katolika, także dla kapłana, biskupa; jakie ma znaczenie w naszym codziennym bytowaniu. Ileż pięknych treści teologicznych zawiera się w tajemnicy Eucharystii! Niech ten dzień nie będzie okazją do rozgrywek czy krytyk politycznych. Trzeba z tym skończyć, bo to jest mówienie nie na temat; to jest obraźliwe dla Eucharystii, którą powinniśmy adorować.

Pewnego razu skarżył mi się pewien lekarz, który w Dzień Zaduszny przyszedł na sprawowaną na cmentarzu Mszę, aby pomodlić się za dusze najbliższych, w tym swojej żony, a tymczasem usłyszał płomienne kazanie o złu aborcji... Jeżeli o tym wspominam, to nie po to, by krytykować księdza, którego nie znam, ale zachęcić do tego, byśmy panowali nad swoimi emocjami, byśmy znali hierarchię wartości, w tym rangę świąt, które celebrujemy po to, by nie stanowiły one okazji do wyładowywania emocji, niezwiązanych z istotą danej uroczystości.


KAI: Czy nie nazbyt łatwo skłaniamy się do myślenia, że orędzie Ewangelii zostało skierowane do wszystkich ludzi, oczywiście za wyjątkiem sympatyków partii X czy Y, w związku z czym nie mamy obowiązku dzielić się nimi orędziem zbawienia?

- Muszę przyznać, że na wszystko, co w tej chwili dzieje się w Polsce patrzę w kategoriach miłości Ojczyzny. Polska zbyt długo nie miała państwowości, zbyt wiele krwi przelała by dojść do tego, co ostatecznie stało się rzeczywistością – do wolności.

Kościół katolicki nie pretendował do przewodzenia, a stał się właściwie zastępczą ojczyzną dla wszystkich, którzy wzdychali do ojczyzny prawdziwej: modlił się z nimi, bronił ich, utożsamiał się z ich pragnieniami.

Dlatego dziś, kiedy ta wymodlona ojczyzna, o której nasze mamy i babcie mogły tylko marzyć stała się oto rzeczywistością, to wielu ludzi odnosi wrażenie, że to nie to, że modlili się o inną ojczyznę. No, ale ideału nigdy nie będzie a już na pewno nie staje się to za przyciśnięciem guzika. Owszem, bywa, że ktoś nie zna np. prawideł gospodarczych, ale z miłości do ojczyzny właśnie poprze kogoś, kto mówi, że ten czy ów kierunek sprowadzi na ojczyznę nieszczęście... Dlatego nie potępiałbym takich postaw.

Natomiast musimy sobie zdawać sprawę z tego, że będziemy zbliżać się do owego ideału ojczyzny o tyle, o ile będziemy zdolni do porozumiewania się na zasadzie dialogu; o ile będziemy potrafili przyznać rację przeciwnikowi i zrozumieć, że, na przykład, on nie sprzedaje ojczyzny, tylko, że – tak samo zatroskany o jej los – chce ją budować tak, jak ja. Wyjdźmy z takich założeń a będą owoce!

Natomiast jeśli zamiast tego będziemy się przekrzykiwać kto ma rację, odwołując się do sztucznych argumentów i obraźliwych sformułowań, to niczego nie zbudujemy tylko się skonfliktujemy. Pamiętajmy przy tym, że na tych konfliktach w przeszłości swoje kapitały budowali ci, którzy źle życzyli Polsce.


KAI: Co Pan Bóg chce nam powiedzieć poprzez tragedię smoleńską i katastrofalną powódź?

- Jeśli jesteśmy ludźmi wierzącymi i chcemy patrzeć na to wszystko w kategoriach Bożej Opatrzności, to możemy sądzić, że rzeczywiście Pan Bóg chciał nam coś przez to powiedzieć. Może coś takiego: pamiętajcie, że jesteście narodem, który został wyprowadzony z domu niewoli. Naród wybrany, kiedy już poczuł się nieco silnie, to – jak wiemy ze Starego Testamentu – zaczął myśleć, że Dekalog i Pan Bóg są mu już niepotrzebni. Wymyślał różne rzeczy, wzmacniał swój egoizm, bogacił się nieproporcjonalnie na biedzie swoich współbraci i dopiero po jakimś czasie powrócił do refleksji.

Nie mówię, że obecna sytuacja jest kopią tamtych, biblijnych wydarzeń, ale dla mnie zarówno katastrofa smoleńska jak i powódź są okazją, żeby w oparciu o wątki biblijne, zastanowić się nad tym, czy przypadkiem Pan Bóg nie chciał nam powiedzieć: człowieku, ty jesteś na pewnym miejscu w hierarchii stworzenia, ale nie zastępujesz Stwórcy; ty masz budować rzeczywistość, ale świadomy tego, że możesz to zrobić tylko wówczas, gdy będziesz człowiekiem sumienia, uczciwym, realizującym zadania, które stanowią drogą właściwą do tego, żeby społeczeństwo obywatelskie, demokratyczne mogło wzrastać a nie spadało w przepaść. Chodzi o budowanie rzeczywistości, w której sprawiedliwość społeczna będzie realizowana na co dzień a nie tylko „opowiadana” jako pewnego rodzaju slogan, który ubarwi wystąpienie.

Musimy okazywać solidarność z drugim człowiekiem, poprzez wyjście naprzeciw z pomocą, aby ludzie, którzy zostali dotknięci kataklizmem powodzi mogli jak najszybciej wyjść z życiowego dołka, dźwignęli się, odzyskali nadzieję, odbudowali to, co utracili i cieszyli się życiem. Apeluję więc do rodaków by okazali solidarność wobec tych, których dotknęła ta tragedia. W przyszłości może dotknąć nas i wówczas my będziemy liczyć na pomoc.


KAI: Serdecznie dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Tomasz Królak i Marcin Przeciszewski

fot. kl. M. Zawadzki

Polecamy