środa, 14 listopada 2018 r.

Prymas Polski dla Gazety Wyborczej




W poniedziałkowym wydaniu Gazety Wyborczej ukazał się obszerny wywiad z prymasem Polski abp. Józefem Kowalczykiem, w którym metropolita gnieźnieński odnosi się m.in. do listu o. Ludwika Wiśniewskiego  oraz obecnej sytuacji Kościoła w Polsce. Zachęcamy do lektury.







Pełna treść wywiadu:

O. Ludwik Wiśniewski napisał mocny list do Nuncjusza Apostolskiego. Zgadza się Ksiądz Prymas z jego diagnozą, że spora część duchowieństwa jest zarażona ksenofobią i nacjonalizmem?

Mam wielki szacunek dla ojca Wiśniewskiego za wszystko co robił w swoim duszpasterstwie, w czasie PRL i późniejszym. Szanuję go za zatroskanie o Kościół, które przebija z listu do Nuncjusza Apostolskiego. Zresztą troska o Kościół jest zadaniem i obowiązkiem nas wszystkich katolików. O. Ludwikowi trudno zaakceptować to, że w Kościele widać niekiedy predylekcje polityczne księży, komuś się podoba taka partia, komuś inna.

Bardzo wielu księży zatraciło granicę między Ewangelią a polityką - trudno nie przyznać racji ojcu Wiśniewskiemu.

Łatwiej jest pójść i wygłosić kazanie, które sprowadza się do przedstawienia poglądów politycznych duchownego, niż przygotować się do homilii, przeczytać dokładnie teksty biblijne i ułożyć jakiś plan pozytywnego wykładu. To wymaga trochę więcej pracy i refleksji. Musimy raz na zawsze skończyć z obyczajem, że homilię zastępuje wystąpienie polityczne. Papież Benedykt XVI jest najlepszym przykładem jak należy głosić homilie - poświęcone sprawom ducha, głębokie. Czasem słyszymy echa przeszłości, kiedy na skutek lenistwa czy pójścia na łatwiznę wpada się w tonację nie mającą nic wspólnego z homilią.

Dobrze, że taki list powstał?

Musimy w Polsce przyzwyczaić się, że jeśli ktoś przedstawia problem w liście szczerym i otwartym i robi to człowiek, który całe życie poświęcił dla Kościoła, to wymaga to refleksji i dyskusji. Ojcu Ludwikowi potwierdziłem odbiór kopii tego listu. Rozmawiałem też z Nuncjuszem na ten temat. Powiedziałem, że warto ten list przedstawić gremium, które zapewne nad nim się zastanowi i przeanalizuje poszczególne wątki. Z pewnością nie można tego listu zlekceważyć.

Czyli będzie dyskutowany na forum Episkopatu

Myślę, że Nuncjusz będzie starał się ten tekst tam, w jakiś sposób, przedstawić.

Abp Michalik zarzuca ojcu Wiśniewskiemu brak obiektywizmu. A w „Naszym Dzienniku” sugeruje, że wytykaniem błędów ludzi Kościoła chce usprawiedliwić własne niedoskonałości.

Arcybiskup Michalik ma prawo do swojego zdania. Jest on człowiekiem odpowiedzialnym i zatroskanym o dobro Kościoła. Wydaje mi się, że ten list też jest wyrazem troski o dobro Kościoła i nie jest przestarzałą piosenką, zdartą płytą. Trzeba go poważnie potraktować, nawet jeśli pewne jego zarzuty wydają się przerysowane.

Autorytet Kościoła został ostatnio zachwiany. Z wrześniowego sondażu CBOS wynika, że w ciągu trzech miesięcy krytyków Kościoła przybyło o 10 pkt. procentowych, a o tyle samo ubyło ludzi chwalących Kościół. Wiadomo, że sytuacja się zmienia, sondaże są różne, ale czy jednak to nie sygnał, że Kościół jest w kryzysie?

Przeprowadzałem niedawno wizytacje w parafiach. Jestem pełen uznania dla tych ludzi, zwykłych parafian, którzy chcą kontaktu, rozmowy. W tym tkwi siła Kościoła w Polsce. W czasach trudnych Kościół był z ludźmi na co dzień, dzielił z nimi chwile radosne i cierpienia - jeśli ten kontakt przetrwa, Kościół nie będzie w kryzysie. Mówiłem na tych spotkaniach: proszę się nie bać, mówcie, co wam serce podpowie, wam to nie zaszkodzi, a mnie jest potrzebne.

Ale czy właśnie zwykli księża w parafiach nie psują wizerunku Kościoła? Gdy agitują jak podczas kampanii prezydenckiej?

Z tym walczymy, to są jednak wypadki sporadyczne, czasem mocno nagłaśniane, wobec których jesteśmy bezsilni. Liczymy jednak na zdrowy rozsądek kapłanów i słuchaczy. Jeden z biskupów opowiadał, że kiedyś w jego diecezji ktoś „agitował”, a w efekcie parafianie zagłosowali odwrotnie, niż im zalecał. Trzeba więc pamiętać o żartobliwym powiedzeniu, że „nasze owieczki to nie są barany”.

Kuria warszawska wzywała do przeniesienia krzyża, a z drugiej strony obserwowaliśmy jawny akt wypowiedzenia posłuszeństwa Kościołowi przez grupę tzw. obrońców krzyża pytających księdza, czy jest ubekiem. Czy to znaczy, że ta grupa katolików tak naprawdę nie jest taka wierna i lojalna Kościołowi?

Jan Paweł II podczas jednej z podróży do Polski powiedział coś bardzo ważnego: że Bóg tak zaufał człowiekowi, że obdarzył go nie tylko rozumem ale wolną wolą. Do tego stopnia, że potrafi się mu świadomie sprzeciwić, czyli grzeszyć. Tyle w kwestii lojalności. Niestety emocje sprawiają, że ludzie popełniają błędy. Każdy kto ma elementarną kulturę religijną, wie na czym polega obrona krzyża. Papież mówił: „brońcie krzyża od Giewontu aż po Bałtyk”. Brońcie, to znaczy także - nie handlujcie krzyżem, nie manipulujcie nim, nie wykorzystujcie krzyża do niecnych doraźnych korzyści politycznych, które nie mają nic wspólnego z szacunkiem dla krzyża.

Ale także niektórzy biskupi bronili krzyża wbrew arcybiskupowi Nyczowi.

- To oni biorą za to odpowiedzialność.

W Tygodniku Powszechnym mówił Ksiądz Prymas, że chciałby pomagać księżom „żeby nas bardziej uczłowieczać, czynić ludźmi bardziej tolerancyjnymi, otwartymi na drugiego”. „Nas” to znaczy pewnie i siebie samych, i swoich parafian. Od zakończenia Vaticanum Secundum minęło właśnie 45 lat, już prawie pół wieku: czy przez ten czas Kościół katolicki w Polsce przeżył jakąś wielką przemianę, otworzył się „na drugiego”? Bo nam się wydaje, że za mało. Obowiązuje jakaś zewnętrzna poprawność kościelna, ale wciąż wyłazi spod niej pogarda: tak na przykład traktuje się w niejednej wypowiedzi biskupiej ludzi korzystających z metody „in vitro”. Padały słowa bardzo obraźliwe.

Kościół, który jest w Polsce, ustawicznie wprowadza w życie nauczanie Soboru Watykańskiego II, czyni to roztropnie i wytrwale. W ten sposób znacząco przyczynił się do przemian społecznych i ustrojowych w naszym kraju i nie tylko. Jan Paweł II wyrósł w Kościele, który jest w Polsce. Pisząc swoją pierwszą encyklikę „Redemptor hominis”, która zainteresowała cały ówczesny świat (także ten „rządzący”) mówił, że jej treść „przywiózł z Polski”, z doświadczenia Kościoła, który jest w Polsce.
Jest także czymś oczywistym, że zmiana mentalności, tworzenie nowej kultury języka nie następuje błyskawicznie jak reakcja chemiczna, ale trwa latami. Trochę tak jak w szkole, gdy nauczyciel przedstawia problem i dziesięciu uczniów pojmie od razu, a kilku innych nawet po kilkakrotnym tłumaczeniu nie zrozumie. Niektórzy tę kulturę chwytają natychmiast, ktoś inny będzie wlókł za sobą dziedzictwo, z którego być może, w ciągu całego życia się nie wyzwoli. Dotyczy to także języka polityków.

Wydaje się, że mamy w polityce totalny klincz, skoro politycy PiS nie przychodzą nawet na spotkanie opłatkowe.

Widać w Polsce brak zrozumienia, czym powinna być opozycja: to ogromnie ważna siła polityczna, która powinna bacznie obserwować pracę rządu, jej pozytywne elementy popierać a negatywne krytykować. Nie może jednak negować wszystkiego, co robi rząd. Ograniczanie się do powtarzania w kółko ”nie, nie” jest wypaczaniem sensu istnienia opozycji.

Joachim Brudziński stwierdził w TVN24, że mamy dziadowskiego premiera.


Kultura życia politycznego wymaga przede wszystkim szacunku dla najważniejszych instytucji państwowych. Jeśli będziemy szanować tylko te, które są obsadzone przez „naszych ludzi”, do niczego nie dojdziemy. Taki język podważa zaufanie do państwa. Ktoś powiedział, że Polacy umieją walczyć o wolność wszelkimi sposobami, ale nie umieją żyć w wolności. Jest w tym głęboka i smutna prawda. Na naszej mentalności, także mentalności katolików, zaciążyła nieufność do wszelkich nowości. Tak było z wejściem do UE, tak będzie z przyjęciem euro. Podobnie jest z dialogiem z Rosją. Musimy sobie zdać sprawę, że nikt na kolanach nie będzie prosił Polaków o przebaczenie za dawne winy. To się osiąga inną drogą.

Czy seminaria duchowne faktycznie kształcą księży otwartych?

Gdy porównuję czasy w których sam byłem w seminarium z dzisiejszymi, widzę kolosalne zmiany. Bałbym się też przekreślania z góry kandydatów na księży, których czeka długa praca nad sobą, bo np. pochodzą z rozbitych rodzin, mają wiele urazów. Wiem, że wychowawcy robią, co mogą, żeby to naprawić, czasem przedłużając formację w seminarium. Oczywiście nie zawsze się udaje. Jeśli po pewnym czasie widać, że nie ma szans, lepiej żeby taki człowiek realizował się w powołaniu świeckim. I nie przejmujmy się liczbą: wolę dziesięciu kleryków którzy na serio podchodzą do kapłaństwa aniżeli dwudziestu, którzy nie do końca wiedzą, po co zostali księżmi.

Kościół silny to niekoniecznie Kościół masowy?

Oczywiście. O sile Kościoła polskiego nie będzie w przyszłości świadczyć jego liczebność ale jego jakość. Dla kard. Wyszyńskiego ważne było zaangażowanie katolików w ruch pielgrzymkowy. Chodziło o to, żeby się policzyć, zobaczyć, że nie jest nas tak mało jak twierdzi komunistyczna propaganda. Wówczas był to środek do celu, a dziś nierzadko ze środka robimy cel sam w sobie. Jeśli z różnych względów zainteresowanie pielgrzymkami osłabło by nie należy uważać tego za tragedię; jeśli ludzie nie będą szli z Warszawy czy Gdańska do Częstochowy tak licznie jak kiedyś, nie znaczy to, że Kościół osłabł, ale że sposoby przeżywania wiary zmieniają się.

A czy fakt że do kościołów chodzi mniej ludzi niż kiedyś, mamy też mniej powołań wynika także z błędów Kościoła, z tego co pisze o . Wiśniewski, że Kościół nie umie komunikować się ze zmieniającym się światem?

Na początku pontyfikatu Jana Pawła II przychodziły listy z prośbami, żeby zrobił pozytywny wykład poszczególnych części Credo. Bardzo się tym przejął i poprosił o przygotowanie materiałów biblijnych. Nie było z tym wielkich trudności, znakomita biblistka siostra Ehrlich przygotowała ich wiele. Ale Papież w czasie jednego ze spotkań wyraźnie był zaniepokojony. Powiedział do nas: „Co będzie z tymi katechezami? Ja jeszcze nic nie napisałem”. Tłumaczył, że problemem nie jest treść, ale język. Stwierdził, że zna trochę język poetycki, filozoficzny, nauczył się homiletycznego, ale nie zna katechetycznego - martwiło go, czy jego wykład dotrze do ludzi. Bardzo utkwiło mi to w pamięci, że od metody, przekazania treści zależy sukces. Jeśli nie wypracujemy odpowiedniego języka, zniechęcimy naszych słuchaczy.

Nie może być to chyba język samych zakazów.

Prawda, nasze zadanie nie może polegać tylko na ciągłym upominaniu wiernych. Chodzi o stworzenie pozytywnego przekazu i zainteresowanie słuchaczy. Potrząsanie szabelką nie jest metodą na dzisiejsze czasy. Cieszyłbym się, gdyby kiedyś nastąpiła zgoda, że zasługi dla Kościoła ma zarówno ”Tygodnik Powszechny” i ”Słowo Powszechne”, jak i „Niedziela” czy „Gość niedzielny”; że przyczyniliśmy się do pogłębiania katolicyzmu także krytykując się nawzajem w sposób konstruktywny, inspirowani dobrą wolą.

W 2006 r., jeszcze jako nuncjusz wysłał Ksiądz Prymas list do polskich biskupów i prowincjała redemptorystów z prośbą, żeby zajęli się „uciążliwą sprawą Radia Maryja z pełną uwagą i stanowczością.

Wymiar religijny rozgłośni toruńskiej jest doceniany, na pewno jednoczy; a polityczny dzieli. Warto też przyjrzeć się politykom, którzy chronią się w cieniu Radia Maryja, bo nie potrafią inaczej przekonać do siebie wyborców.

Ale bez zaproszenia tam nie przychodzą.

Na pewno duchowni nie powinni prowadzić audycji polegających na promowaniu konkretnej opcji politycznej, negując inne.

Awantury wokół komisji majątkowej nadszarpnęły dobre imię Kościoła? Wydaje się, że biskupi z większą energią krytykowali media piętnujące nadużycia w komisji niż same nadużycia, np. korupcję, aresztowania pomocników instytucji kościelnych.


Możliwe, że tak jest, jednak największą winę ponoszą różne siły polityczne, które przeciągały zakończenie spraw rekompensat. Kościół wiele razy nalegał, żeby zakończyć prace komisji. Sam byłem zdziwiony, że instytucje korzystały czasem z pomocy takich ludzi jak były oficer SB, ale działało to zwykle na takiej zasadzie, że ktoś im go polecił jako skutecznego. Potem cały Kościół na tym cierpi. Chciałbym też, abyśmy w większym stopniu skupiali się na dobrych i szlachetnych inicjatywach, także wspieranych przez Kościół, różnego rodzaju wolontariatach. Trzeba to zauważać, także w mediach.

Niektórzy biskupi zgorszyli się, że KAI publikuje przeglądy prasy cytując także niepochlebne informacje o Kościele ze świeckich gazet. Czy to zgorszenie nie wynika z ogólnego założenia, że pewne fakty trzeba przemilczać? Tak było chociażby ze sprawą abp. Paetza. A przecież Kościół jest tajemnicą w sensie misterium, nie totalnego sekretu.

Zasadzie przemilczania niepochlebnych dla Kościoła informacji nie hołduję. Dlatego przedyskutowaliśmy kwestię przeglądów prasy w KAI na zebraniu Episkopatu i problem został rozwiązany. Wystąpiło kilku biskupów przekonując, że musimy wiedzieć, co o nas piszą. Czego tu się bać? Przegląd prasy w KAI był i jest pomocny w codziennej pracy zainteresowanych osób i instytucji. Doceniany w Europie i w świecie.
Przeglądy prasy przygotowywane w Watykanie dla papieża polegają na cytowaniu zarówno pozytywnych jak i negatywnych opinii.

Może czas na tę wielką debatę nad kondycją polskiego Kościoła? O. Wiśniewski proponuje powołanie zespołów, np. ds. mediów o. Rydzyka, religii w szkole. Z kolei Halina Bortnowska uważa, że potrzebujemy synodu w Kościele.

Zawsze można więcej zrobić, ale nie można powiedzieć, że w Polsce nic się nie robi. Pracują rozmaite komisje, także katechetyczne, choć nie zawsze zaprasza się na ich obrady dziennikarzy. Ale myślę, że żadnych pomysłów, służących Kościołowi, nie można lekceważyć.

Ksiądz Prymas mógłby zaproponować zwołanie synodu...

Poczekamy, zobaczymy. Najgorzej, gdy ludzie ze sobą nie rozmawiają. Jeśli rozmawiają szczerze, prędzej czy później coś pozytywnego z tego wyniknie.
Trzeba także mieć w pamięci, że Kościół to nie „partia polityczna” – niekiedy tak postrzegany przez wielu ludzi. Zadaniem Kościoła jest pomaganie ludziom w ich drodze do Boga, w rozwoju życia duchowego, życia modlitwy i tworzenia wspólnoty opartej na wartościach chrześcijańskich, a zwłaszcza na przykazaniu miłości Boga i bliźniego. Ta praca musi być ciągła i wytrwała w wymiarze indywidualnym poszczególnych osób i całych wspólnot. Tej pracy nie zastąpią żadne zjazdy masowe, ani synody i o tym przede wszystkim musimy pamiętać.

W tym duchu, składam także serdeczne życzenia wszystkim Czytelnikom z okazji świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku 2011.

źródło: Gazeta Wyborcza, 20 grudnia 2010 r.

Polecamy