wtorek, 15 października 2019 r.

Rozmowa z biskupem-nominatem

Trzeba odejść od postrzegania Kościoła przez pryzmat masowości, liczb i statystyk. Trzeba zejść na sam dół, do konkretnych wspólnot, do konkretnego człowieka i pomóc mu wypłynąć na głębię – mówi biskup-nominat Krzysztof Wętkowski. Publikujemy rozmowę z nowym biskupem pomocniczym archidiecezji gnieźnieńskiej.  

 

 

W jakich okolicznościach dowiedział się Ksiądz Biskup o nominacji?

Zostałem poproszony przez Księdza Prymasa do Rezydencji Arcybiskupów Gnieźnieńskich i obecny tam Ksiądz arcybiskup Celestino Migliore, nuncjusz apostolski w Polsce, poinformował mnie o decyzji papieża, pytając, czy ją przyjmuję. Przyjąłem. Potem zeszliśmy do kaplicy i jak przewiduje prawo kanoniczne – złożyłem wyznanie wiary i przysięgę wierności, której urzędowymi świadkami byli Ksiądz Prymas i Ksiądz arcybiskup Migliore.

 

Pamięta Ksiądz Biskup, jakie myśli mu wtedy towarzyszyły?

Szczerze mówiąc nie pamiętam. Na pewno nie było to nic konkretnego, czy jednoznacznego. To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek nie analizuje swoich myśli ani odczuć. Refleksja przychodzi później.

 

Już przyszła? 

Tak. Jestem przede wszystkim wdzięczny Ojcu Świętemu i wszystkim, którzy obdarzyli mnie zaufaniem, wierząc, że sprostam powierzonym mi zadaniom. Jestem również świadomy, iż sam na siebie liczyć nie mogę. Liczę na wsparcie z góry i ludzką życzliwość.

 

Jak na wiadomość o nominacji zareagowali rodzice i brat?

Niestety nie dowiedzieli się ode mnie. Wcześniej nie mogłem im tego powiedzieć, a tuż po ogłoszeniu nie miałem takiej możliwości. Dowiedzieli się od krewnych i znajomych, którzy niemal natychmiast zadzwonili z gratulacjami. Przyjęli to dość spokojnie. A brat? No cóż, powiedział „łatwo nie będzie”.

 

Czy tak samo spokojnie zareagowali przed laty, na decyzję o wstąpieniu do seminarium?

Raczej tak. Moja decyzja nie była dla nich szczególnym zaskoczeniem. Wychowałem się w rodzinie religijnej, blisko związanej z Kościołem. Byłem ministrantem, później lektorem. Myśl o kapłaństwie pojawiła się na początku liceum. Takim szczególnym momentem była pierwsza pielgrzymka bł. Jana Pawła II do Gniezna w 1979 roku. Miałem wtedy 16 lat. To był chyba ten decydujący moment. Do myśli o kapłaństwie jednak się nie przyznawałem. W tamtych czasach deklaracja pójścia do seminarium wiązała się z wieloma problemami i przykrościami zarówno dla rodziny, jak i wychowawców. Kiedy mnie pytano, na jakie studia się wybieram, mówiłem, że na prawo do Poznania. Oczywiście później nie udało mi się już uniknąć „zainteresowania” Służby Bezpieczeństwa. Jak każdy kleryk i kapłan w tamtych czasach miałem swoją teczkę.

 

Jak wspomina Ksiądz Biskup czasy seminaryjne?

Z ogromną sympatią. Do seminarium przyjmował mnie Ksiądz biskup Bogdan Wojtuś, wówczas rektor, i prowadził przez całe sześć lat. Mój rok był na początku bardzo liczny. Było nas w sumie ponad czterdziestu. Do święceń dotrwało dziewiętnastu. To był dobry czas, mimo wszystkich zewnętrznych trudności związanych z panującym wówczas systemem. Mieliśmy bardzo dobrych profesorów i wychowawców, często było wesoło. Pamiętam śp. ks. Zenona Rubacha, wówczas prefekta seminarium, do którego obowiązków należało pilnowanie dyscypliny. Wiedzieliśmy, że jemu, urodzonemu duszpasterzowi, to dyscyplinowanie nas nie bardzo odpowiada. Żeby nie utrudniać życia sobie i nam, wieczorami przemierzał korytarze, podrzucając pęk kluczy, żebyśmy zdążyli na czas umknąć do pokojów. Było też wiele innych sympatycznych historii. Może kiedyś ujrzą światło dzienne podczas jakiejś gawędy z klerykami.

 

Po święceniach pojechał Ksiądz Biskup do Bydgoszczy.

Tak, z dekretem wikariusza parafii pw. św. Marcina i Mikołaja, dziś bydgoskiej parafii katedralnej. Formalnie proboszczem był tam wówczas Ksiądz biskup Jan Nowak i wedle niepisanej zasady najmłodszy wikariusz był jego kapelanem. Pełniłem więc tą funkcję jednocześnie z posługą wikariusza i muszę powiedzieć, że jestem trzecim biskupem, który wyszedł z grona sekretarzy Księdza biskupa Nowaka. Pierwszym był abp Jan Pawłowski, dziś nuncjusz apostolski w Kongo i Gabonie. Drugim bp Wojciech Polak, który przyszedł do Bydgoszczy po mnie.

 

To nie była długa posługa. Szybko wysłano Księdza Biskupa na studia na KUL.

Być może za szybko (śmiech). Nie wybierałem kierunku. Ponoć początkowo miałem studiować teologię dogmatyczną. Interwencja Księdza biskupa Nowaka spowodowała jednak, że ówczesny arcybiskup gnieźnieński Ksiądz kardynał Józef Glemp skierował mnie na prawo kanoniczne. Odpowiadał mi ten kierunek. Czas spędzony w Lublinie wspominam równie miło, jak seminarium. Do dziś mam z tamtego okresu przyjaciół. Jednym z nich jest Ksiądz biskup Andrzej Czaja, z którym mieszkałem „przez ścianę”.

 

Do Gniezna Ksiądz Biskup wrócił już za czasów Księdza arcybiskupa Muszyńskiego?

Tak i Ksiądz Arcybiskup niemal natychmiast powierzył mi bardzo odpowiedzialne funkcje. Najpierw zostałem rzecznikiem prasowym, a wkrótce kanclerzem Kurii Metropolitalnej w Gnieźnie. To był skok na naprawdę głęboką wodę. Miałem wtedy zaledwie 32 lata. Przyznam szczerze, że na początku mojej kapłańskiej drogi przez myśl mi nie przeszło, że tyle lat spędzę w Kurii. Jak każdy młody kapłan myślałem o pracy w parafii i nadal jestem zdania, że praca urzędnicza, jaką jest niewątpliwie praca w Kurii, to tylko zajęcie poboczne. Istotą kapłaństwa jest posługa duszpasterska i starałem się ją wypełnić na tyle, na ile było to  możliwe. Już na początku zgłosiłem się do pomocy w mojej rodzinnej parafii pw. św. Michała Archanioła w Gnieźnie i chodzę tam każdego dnia – odprawiam Mszę św., głoszę homilie, sprawuję sakramenty i uważam to za rzecz jak najbardziej naturalną. Drugą parafią, z którą jestem od lat związany jest parafia w Białośliwiu, obecnie w diecezji bydgoskiej. Wracając jednak do pracy w Kurii. Miałem szczęście być blisko wszystkich najważniejszych wydarzeń, jakie miały miejsce w archidiecezji gnieźnieńskiej na przełomie wieków. Były to przede wszystkim pielgrzymki bł. Jana Pawła II do Gniezna i Bydgoszczy, obchody milenijne, a także powrót godności prymasa do arcybiskupa gnieźnieńskiego. Dziś zdaję sobie sprawę, że patrzyłem z bliska, jak tworzy się historia.

 

Jako dewizę wybrał Ksiądz Biskup słowa „Trwajcie mocno w wierze”. Dlaczego właśnie ten cytat?

Wskazałbym trzy przesłanki. Trwajcie mocno w wierze, a więc pielęgnujcie i umacniajcie wiarę, którą na nasze ziemie przyniósł św. Wojciech. Był on obecny w moim życiu od początku. U jego relikwii zostałem ochrzczony, przyjąłem święcenia prezbiteratu i teraz przyjmę sakrę biskupią. Trwajcie mocno w wierze – takie było również hasło pielgrzymki papieża Benedykta XVI do Polski. Czytałem prace kard. Ratzingera jeszcze jako kleryk i już wówczas pomyślałem, że to dobry kandydat na papieża. Nie przyszło mi jednak do głowy, że uczyni mnie biskupem. Wreszcie trzecia przesłanka to trwający Rok Wiary. Przyznam szczerze, że wybór biskupiego zawołania nie trwał długo i nie miałem żadnych wątpliwości.

 

Wracając do Roku Wiary. Ma on wyrwać duchownych i świeckich ze swoistej „rutyny wiary”. Od czego powinniśmy zacząć, na czym się skupić?

Wiara jest czymś niesłuchanie kruchym. Trzeba nad nią nieustannie pracować, trzeba ją nieustannie umacniać. Jeśli tego zabraknie, istnieje ryzyko osłabienia, a nawet utraty wiary. To praca na całe życie. Nikt nas w tej pracy nie zastąpi. Musimy zatem umacniać w wierze siebie samych i jednocześnie umacniać innych – w rodzinie, w parafii, w diecezji, we wspólnocie kapłanów i osób konsekrowanych. Mówi się, że współczesne czasy są trudne dla Kościoła. Czasy są jakie są, wcześniej też nie były łatwe, w takich przyszło nam żyć i w takich musimy wypełniać powierzone nam zadania. Nie wolno oglądać się wstecz, zniechęcać trudnościami, one zawsze były i zawsze będą. W moim przekonaniu trzeba odejść od postrzegania Kościoła przez pryzmat masowości, liczb i statystyk. Trzeba zejść na sam dół, do konkretnych wspólnot, do konkretnego człowieka i jemu pomóc wypłynąć na głębię. Bez tego nasza wiara zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i wspólnotowym będzie płytka, letnia, nie wytrzyma próby, jeśli ta nadejdzie.

 

Jak Ksiądz Biskup rozumie posługę biskupa, co w niej uważa za najistotniejsze?

Głównym zadaniem biskupa jest głoszenie Słowa Bożego, przepowiadanie. W tym nikt biskupa nie może zastąpić i to uważam za najistotniejsze. Obszarem szczególnej troski biskupa powinna być również wspólnota kapłańska. Kapłan w każdej sytuacji powinien czuć wsparcie swojego biskupa. Szczególnie teraz, gdy Kościół jest często atakowany i szkalowany. Kapłan nie może być w tym wszystkim pozostawiony sam sobie. Z drugiej strony musi czuć to wsparcie także wtedy, gdy w jego życiu pojawią się trudności i problemy. Gdy trzeba będzie podjąć bolesne decyzje, które pozwolą wyjść z trudnej sytuacji. Biskup winien wtedy kapłanowi towarzyszyć i pomóc mu stanąć w prawdzie. Nauczamy, że prawda nas wyzwoli, nie może być tak, że nas, kapłanów, to nie dotyczy. Tak w dużym skrócie rozumiem zadania biskupa we wspólnocie wiernych i we wspólnocie braci w kapłaństwie.

 

Jakimi obszarami duszpasterstwa chciałby Ksiądz Biskup zająć się w szczególności?

Przyznam, że jestem sceptyczny wobec powierzania biskupom konkretnych obszarów duszpasterskich w ramach diecezji. Uważam, że biskup – z natury powierzonej mu posługi – jest odpowiedzialny za całość i ustanowiony dla całości. Prowadzeniem konkretnych duszpasterstw powinni zajmować się przygotowani do tego duchowni, świeccy i osoby konsekrowane, a takich u nas przecież nie brakuje. Biskup też wszystkiego nie wie i sam na pewno wszystkiego nie zrobi, dlatego powinien korzystać z doświadczenia kompetentnych ludzi i mieć do nich zaufanie.

 

W takim razie, jakie obszary duszpasterstwa uważa Ksiądz Biskup za wymagające szczególnej troski?

W tym temacie nie powiem niczego nowego, ani odkrywczego. Na pewno takim obszarem jest duszpasterstwo młodzieży. To praca na przyszłość. Jestem pełen uznania dla księży, którzy prowadzą duszpasterstwo młodzieży, zwłaszcza w małych parafiach. Często to zaledwie kilka osób. Chciałbym im powiedzieć, żeby się nie zniechęcali, bo to, co z pozoru liche i niewidoczne, może przynieść naprawdę obfite owoce. Drugi obszar to duszpasterstwo rodzin. W moim odczuciu rodzina powinna być przez Kościół w sposób szczególny wpierana i chroniona i to nie tylko w tym, co dotyczy jej definicji, ale także w tym, co stanowi o jej bycie i funkcjonowaniu. Kościół powinien upominać się o rodzinę, także o to, by nie była biedna, bezdomna i opuszczona. Wreszcie trzeci obszar to laikat. Stowarzyszenia i ruchy kościelne są przyszłością Kościoła, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Trzeba je pielęgnować, wpierać i dbać o rozwój każdej z tych wspólnot, bo każda, nawet ta najmniejsza, jest dla Kościoła niezwykle cenna.

 

Księże Biskupie, na koniec temat lekki i przyjemny. Chciałabym zapytać o zainteresowania, wolny czas? Jak Ksiądz Biskup go spędza, o ile oczywiście go ma? 

Niewiele, ale mam. Od najmłodszych lat sporo czytam i z książką najchętniej odpoczywam. To zamiłowanie do literatury zaszczepił mi ojciec. Kupował bardzo dużo książek i to wiązało się niekiedy z komicznymi sytuacjami. Otóż w czasach mojego dzieciństwa o dobre książki było bardzo trudno, poza tym były drogie. To mojego ojca jednak nie zniechęcało. Niestety nie zawsze znajdował zrozumienie u mojej mamy. Ojciec pakował wiec zakupione książki w sporą paczkę i wręczał mi jako prezent przy różnych okazjach. To miało uzasadnić poniesione koszty. Problem w tym, że większość tych książek nie była przeznaczona dla mnie i z przeczytaniem musiałem czekać kilka lat.

 

A co Ksiądz Biskup czyta obecnie?

Zwykle czytam kilka książek naraz. Mam je porozkładane w różnych miejscach i sięgam to do jednej, to do drugiej. To naprawdę rożna literatura. Najnowszym nabytkiem jest książka Benedykta XVI „Jezus z Nazaretu. Dzieciństwo”. Myślę, że będzie dobrym przygotowaniem do nadchodzących świąt Bożego Narodzenia.

 

Dziękuję za rozmowę


Rozmawiała Bernadeta Kruszyk
Fot. J. Andrzejewski

Polecamy