piątek, 6 grudnia 2019 r.

Niezłomni: trudne fiat voluntas Tua

Gdy wybuchła wojna miał 54 lata. Był bity i szykanowany. Gdy hitlerowcy zakazali mu odprawiania Mszy św. przekradał się w nocy do kościoła i w ciszy, szepcząc, celebrował Eucharystię. A potem przyszła jeszcze większa próba… 

 

Ks. Jan Nepomucen Chrzan urodził się w 1885 r. Gostyczynie w rodzinie nauczycielskiej. Po maturze wstąpił do gnieźnieńskiego seminarium duchownego i po formacji, w 1910 r. przyjął święcenia kapłańskie. Należał do tzw. społeczników, których w szeregach księży wówczas nie brakowało. Wszędzie, gdzie pracował: w Słupcy, Czerminie, Kcyni wykazywał się duszpasterską gorliwością i troską nie tylko o krzewienie wiary, ale także miłości do Ojczyzny. Należał m.in. do Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk i był wizytatorem lekcji religii w szkołach powszechnych. W chwili wybuchu wojny miał 54 lata i od 14 pełnił funkcję proboszcza w Żerkowie leżącym wówczas w granicach archidiecezji gnieźnieńskiej. Od początku okupacji był zastraszany i szykanowany przez Niemców. Kilkakrotnie napadli na plebanię i dotkliwie go pobili. Zakazali też odprawiania Mszy św. w dni powszednie, czego do końca nie przestrzegał, przekradając się w nocy do kościoła i w ciszy celebrując Eucharystię. Liczył się z aresztowaniem. Dowodzi tego testament, który spisał po przymusowej przeprowadzce do sąsiedniego Brzóstkowa. Nie pomylił się.

 

Numer 28097

Ks. Chrzan został aresztowany 6 października 1941 r. po rannej Mszy św. Pozwolono mu jeszcze na spożycie komunikantów w kościele. Później trafił do obozu śledczo-karnego w forcie VII w Poznaniu, skąd 30 października przewieziono go wraz z innymi kapłanami do Dachau. Ciężko znosił uwięzienie i złe traktowania. Jak wspominali świadkowie, przeszedł w obozie trudny proces przemiany, którego owocem było pogodzenie się z faktem, iż stan w jakim się znalazł, jest wyrazem woli Boga, który oczekuje od niego dobrowolnego przyjęcia upokorzeń i cierpień. Jeden ze współbraci, ks. Dezydery Wróblewski pisał o nim: „Pod wpływem łaski Bożej przemienił i uspokoił się tak, że z poddaniem się woli Bożej znosił wszystkie cierpienia”. Świadectwo to potwierdza także list ks. Chrzana pisany do brata kilka dni przed śmiercią. „Chciałoby się wam wszystkiego pozazdrościć, ale to nie zgadza się z naszą wiarą i my musimy, i podporządkowujemy się dobrowolnie (freiwillig) woli Boga”. List ten wraz z dwoma innymi napisanymi również do brata przetrwał zawieruchę wojenną. Z obozu wrócił także szkaplerz ks. Chrzana.

 

Niech żyje Chrystus Król!

Umierał spokojny i świadomy. Zranił się w rękę pracując na tzw. „plantacjach”, czyli w obozowym gospodarstwie ogrodniczym. Doszło do zakażenia krwi. Po amputacji palca pojawiła się nadzieja. Zaczął odzyskiwać siły. Na krótko jednak. Na skutek wyczerpania organizmu i złych warunków wywiązało się zapalenie płuc, które ostatecznie doprowadziło do zgonu. Niemiecki kapłan-więzień udzielił mu Wiatyku. Hostię przyniósł potajemnie z obozowej kaplicy, do której dostęp mieli tylko niemieccy księża. Świadkowie ostatnich chwil ks. Chrzana napisali, iż konając uniósł się nieco na posłaniu i wyraźnie powiedział: Niech żyje Chrystus Król!”, a później wyszeptał cicho: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Zmarł 1 lipca 1942 r. We wspomnianym testamencie napisał, że nie chce uroczystego pogrzebu... Stało się według jego woli. Ciało spalono w obozowym krematorium.

 

Bernadeta Kruszyk "Przewodnik Katolicki"

Polecamy