środa, 16 października 2019 r.

Niezłomni: Święty nr 21878

W 1999 r. papież Jan Paweł II beatyfikował stu ośmiu polskich męczenników, których zamordowano w czasie II wojny światowej z nienawiści do wiary. W ich szeregach było ośmiu księży z archidiecezji gnieźnieńskiej. W ostatnich miesiącach Roku Wiary przypominamy ich sylwetki. Dziś bł. ks. Stanisław Kubski. 

 

Do Dachau trafił z Buchenwaldu skrajnie wycieńczony i chory. Bosy, w drewnianych chodakach, okryty strzępem koca, spod którego wyzierała koszulina brudna od zakrzepłej krwi i ropy stał w szeregu podobnych mu Łazarzy. – Nadziei nie tracę nawet na chwilę – pisał w jednym z listów.

 

Ks. kan. Stanisław Kubski należał do tych, którzy cierpienie i poniżenie znoszą bez słowa skargi. W chwili aresztowania w pierwszych dniach września 1939 r. miał 63 lata. Musiał przejść przez Inowrocław jak skazaniec, z rękami nad głową, a później klęczeć przez całą noc na koszarowym dziedzińcu. Najpierw przewieziono go do Piły, potem do Dachau, a stamtąd do Buchenwaldu, gdzie trafił do kompanii karnej. Pracował ponad siły w kamieniołomach. Kapo dręczyli go tak bardzo, że z wyczerpania nie poznawał ludzi. Czy wiedział, że to dopiero początek jego drogi krzyżowej?

 

Społecznik 

Pochodził z małej wsi Książ pod Strzelnem. Uczył się w słynącym z polskich tradycji gimnazjum w Trzemesznie, a później w Wągrowcu. O wyborze drogi życiowej zdecydował wcześnie. Po maturze wstąpił do gnieźnieńskiego seminarium duchownego, które ukończył z bardzo pochlebnymi opiniami. Szlify duszpasterskie zdobywał w Śremie. Już wówczas ujawniły się jego zdolności organizacyjne oraz zapał patriotyczny i społeczny. Nie inaczej było po przybyciu do Gniezna, gdzie najpierw został proboszcze parafii św. Wawrzyńca, a później Świętej Trójcy. W czasie powstania wielkopolskiego wchodził w skład Miejskiej Rady Ludowej, a podczas wojny bolszewickiej posługiwał jako kapelan wojskowy. Gdy w 1923 r. ks. Antoni Laubitz został mianowany sufraganem gnieźnieńskim zajął jego miejsce w parafii Najświętszej Marii Panny w Inowrocławiu. Budował, remontował, prowadził duszpasterstwo dzieci i młodzieży, inicjował akcje charytatywne. Dzięki pracowitości, życzliwości i głębokiej pobożności zyskał sobie szacunek i sympatię mieszkańców miasta. Lubił podróże, choć okazji do wojaży nie miał zbyt wielu. Gdy po srebrnym jubileuszu kapłaństwa poprosił zwierzchników o zgodę na wyjazd do Rzymu i rejs statkiem po Morzu Śródziemnym, spotkał się z odmową, gdyż uznano to za zbyt luksusowy pomysł. Wieczne Miasto jednak zwiedził, wspólnie z wycieczką diecezjalną. Przed wojną wyjechał także do Budapesztu, na Kongres Eucharystyczny, skąd – co starsi pamiętają – przywiózł nowe pieśni religijne, do których napisał polskie teksty.

 

150 gramów chleba

W Buchenwaldzie katowano go przeszło rok. Uniknął śmierci, bo na rozkaz Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy został w grudniu 1940 r. na powrót przewieziony do Dachau. Jak inni stał się szeregiem cyfr, numerem 21878. Jeden ze współwięźniów, ks. Stanisław Gałecki, tak opisał ich spotkanie w obozowym getcie dla zarażonych świerzbem: „W szarym tłumie nędzarzy spostrzegam kochanego współtowarzysza niedoli, okrytego strzępiastym kocem, spod którego wyziera brudna, cuchnąca, skrzepła krwią i ropą zafarbowana koszulina-łachman. Jest na bosaka, w dybach, na śniegu przy 12 stopniach mrozu! Spotykamy się wzrokiem. Otwierają się pogodnie uśmiechnięte usta: Laudetur Jesus Christus. Witaj kochany! Ty także tu? Będzie mi teraz raźniej. Dzielimy się posłaniem, jakie stanowi mały zagnojony siennik. Teraz dopiero zauważam, że na wychudzonym ciele nie ma dosłownie ani jednego miejsca zdrowego. Cztery potężne głębokie czyraki i mnóstwo ropiejących wrzodów nie ma czym leczyć (…) Bezsenne noce w cuchnących salach mieszczących po 300 i więcej osób odbierają chęć do życia. Tak mijają dni, tygodnie, przy dziennej racji 150 gr chleba suchego i tzw. kawie, bez obiadu, „umilane” jedynie wzajemnym nacieraniem się cuchnącym dziegciem i kąpielą w łaźni dokąd zapędzają raz w tygodniu nago, po śniegu na mrozie. Rzecz oczywista, że padają ofiary.”

 

Różaniec ze sznurka

Ks. Kubski ze względu na wiek i dotychczasowe przejścia bardzo źle znosił obozowe warunki. Często chorował. Nigdy jednak się nie skarżył i zachowywał niezmienną pogodę ducha. Zapamiętano go, jak na barłogu odmawiał różaniec trzymając w ręku kawałek sznurka z zaplecionymi supłami. Często też wspominał dawną parafię. W listach do bliskich pisał: „Bóg wie, kiedy się zobaczymy. To tak długo trwa, odmiany jeszcze nie widać. Trzeba tylko zaufać Bogu, który wszystko może na dobre odmienić i odmieni”. Często prosił o modlitwę. Do swojej bratanicy pisał: „Wiem moje dziecko, że wiele się modlisz, rób to również w przyszłości, to jest najlepsze”. Do końca nie tracił nadziei. Jak zaświadczyli kapłani, którzy przeżyli obóz, wszystkie cierpienia znosił z anielską cierpliwością, szukając pociechy i otuchy w modlitwie. Odznaczał się nawet pewną pogodą ducha i pokrzepiał innych dobrym słowem. Jak napisał wspomniany już ks. Gałecki, 66-letni wówczas ks. Kubski nie skarżył się, nie załamał ani na chwilę, nie dał też po sobie poznać, jak bardzo cierpi. Budował współbraci heroiczną cierpliwością, a tych, którzy tracili ducha podtrzymywał „ciepłem ojcowskiego słowa”.

 

Transport do wieczności

W Wielki Tydzień 1942 r. tysiąc czterystu polskich kapłanów uwięzionych w Dachau odprawiało szczególną Drogę Krzyżową. Od Wielkiego Poniedziałku do drugiego święta Wielkiej Nocy włącznie nękani całodobowymi karnymi ćwiczeniami tracili resztki sił, a często i życie w śnieżnej zamieci i deszczu. Ks. Kubski był u kresu wytrzymałości. Ważył nieco ponad 37 kg. Miesiąc później kapłana uznano za niezdolnego do pracy i pobytu w obozie, choć stan jego zdrowia – uwzględniając warunki obozowe – nie wskazywał na całkowite wyczerpanie. Został włączony do tzw. transportu inwalidów, który – o czym wszyscy wiedzieli – oznaczał śmierć. Jak zanotował ks. Palewodziński, w grupie skazanych było 304 kapłanów polskich, 6 czeskich, 5 niemieckich, 3 luksenburskich, 3 holenderskich i 2 belgijskich. Wywożono ich poza obóz partiami. W transporcie z 18 maja pojechało 116 „inwalidów”. W nocy więźniowie słyszeli człapanie drewnianych chodaków współbraci, którzy szli do autobusów czekających na nich na placu apelowym. Był wśród nich także ks. Stanisław Kubski, proboszcz inowrocławskiej parafii Najświętszej Marii Panny. Umierał spokojny, w komorze gazowej w Hartheim pod Linzem w Austrii.

 

Bernadeta Kruszyk „Przewodnik Katolicki”

Polecamy