niedziela, 20 października 2019 r.

Niezłomni: bł. ks. Marian Skrzypczak

Miał niespełna 30 lat, kiedy go zamordowano, okrutnie i świadomie, tylko za to, że był księdzem. A on umierając – przebaczył. Ksiądz Marian Skrzypczak jest kolejną postacią w cyklu o kapłanach archidiecezji gnieźnieńskiej – męczennikach II wojny światowej.


Urodził się w Janowcu, wiosną 1909 roku. Po studiach w seminarium duchownym, w czerwcu 1935 roku przyjął święcenia kapłańskie i skierowany został do pracy w Rogowie. Tam młody ksiądz od razu postawiony został przed wielkimi zadaniami i wykazać się musiał dużą samodzielnością – jego proboszcz ciężko zachorował. Ksiądz Marian, nie mając żadnego wcześniejszego doświadczenia duszpasterskiego, prowadził i organizował pracę parafii i katechezę wśród dzieci i młodzieży. Jednocześnie regularnie jeździł do szpitala, do chorego proboszcza, zdając mu relację ze swoich działań i słuchając jego poleceń.

 

Przed wojną

Kiedy proboszcz z Rogowa zmarł, ks. Marian przeniesiony został do parafii w Płonkowie. Tu, podobnie jak w Rogowie, całym sobą zaangażował się w pracę tak mocno, że na pierwszy urlop wyjechał dopiero w 1938 roku, trzy lata po święceniach. Pracował z dziećmi i młodzieżą, organizował pomoc dla ubogich, lubiany był za pogodne usposobienie i szanowany za kazania, jakie głosił. Szybko jednak władze kościelne znalazły dla niego nowe, odpowiedzialne zadanie – w listopadzie 1938 roku mianowany został administratorem parafii w Glinnie Wielkim. Tu czekało go przede wszystkim dzieło wybudowania plebanii, z którym poradził sobie szybko z pomocą parafian i własnego ojca, który pomagał mu finansowo.

 

Śmierć

Gdy wybuchła wojna, ks. Marian najpierw uciekł wraz z tymi, którzy postanowili opuścić rodzinną wieś. Szybko jednak wrócił do Glinna – kościół zastał spalony, plebanię splądrowaną… Udał się więc na plebanię do pobliskiego Płonkowa. Tam proboszcza nie było – zdążył uciec przed hitlerowcami. Ci jednak odgrażali się, że jeśli go nie złapią – zabiją księdza Mariana. Na plebanii mieszkała tylko siostra poprzedniego proboszcza i jego gospodyni. Ks. Marian nie przestraszył się pogróżek, nie wyjechał do rodziców do Torunia i nie zostawił przestraszonych kobiet i parafii. Wieczorem 5 października 1939 roku na plebanię wdarła się gromada zbirów, oskarżająca ks. Skrzypczaka o to, że kazał mordować Niemców. Bili go kolbami, bagnetem zranili w nogę, a następnie kazali uciekać w stronę wsi. Kiedy dobiegał do drzwi zakrystii, strzelili do niego. Wołał wtedy: - Jezu, zlituj się… Przebacz im… Martwego księdza Skrzypczaka hitlerowcy odciągnęli kilkaset metrów dalej i rzucili do przydrożnego rowu. W miejscu tym stoi dziś przydrożny krzyż.

 

Sława męczeństwa

Wieść o zamordowaniu ks. Mariana Skrzypczaka szybko rozeszła się po okolicy. Krzyż w miejscu porzucenia jego ciała postawiono zaraz po zakończeniu wojny, posadzono również drzewo i wzniesiono grobowiec. Nie zginęło również przekonanie, że śmierć księdza Mariana Skrzypczaka była śmiercią prawdziwie męczeńską. Był przecież uprzedzony o tym, że grozi mu śmierć z ręki ludzi, którzy go nienawidzą. Miał możliwość ukrycia się w mieście, w którym pozostałby anonimowy, ale z niej nie skorzystał. Kiedy napadnięto na plebanię, trwał na modlitwie i nie próbował uciekać, gotów przyjąć wszystko, co go spotka, jako wolę Bożą. I w końcu umierając modlił się za tych, którzy go zabijali tylko za to, że był księdzem.

Abp Józef Glemp, który w czasie II wojny światowej mieszkał w pobliżu Płonkowa i Glinna, wspominał: - Po powrocie z ucieczki we wrześniu 1939 r., w październiku zaczęły napływać do wioski w której mieszkaliśmy wiadomości o prześladowaniach i rozstrzeleniach Polaków. Jeszcze w latach siedemdziesiątych sprawy męczeństwa, zabójstw, zesłań do obozów koncentracyjnych były czymś powszechnym. Ludzie pamiętali wielu zabitych z najbliższych rodzin, żyło wiele osób, które wróciły z obozów, a więc wspomnienia krwawej okupacji były czymś normalnym. Męczeństwo ks. Mariana Skrzypczaka jednak wybijało się przez cechę niewinności i okrucieństwa, zastosowanego przy zadaniu mu śmierci.

 

Monika Białkowska "Przewodnik Katolicki"

 

Polecamy