czwartek, 28 maja 2020 r.

Misje na emeryturze

Kiedy powiedzieli, że jadą na misje, niektórzy pukali się w głowę. Wy, w tym wieku, przecież macie wnuki... Pojechali. Od 2007 roku Barbara i Aleksander Szanieccy z archidiecezji gnieźnieńskiej mieszkają i pracują w Tanzanii. Póki co, nie zamierzają wracać.


„Nigdy wcześniej nie myśleliśmy o misjach – uśmiecha się Barbara Szaniecka, pogodna blondynka po sześćdziesiątce, na której twarzy nie znać wieku. – Pracowaliśmy zawodowo, wychowywaliśmy dzieci, angażowaliśmy się w parafii. Życie płynęło. Gdy zbliżała się emerytura zaczęliśmy myśleć, że można by coś jeszcze zrobić, czymś się zająć. Tylko czym? Nie mieliśmy pomysłu. Zaczęliśmy się modlić do Ducha Świętego o podpowiedź. Długo milczał. Już myślałam: może źle się modlimy. Aż tu pewnego razu mąż wraca z rekolekcji dla szafarzy i mówi: jedziemy na misje. Powiedziałam tylko: ok. I tak zostało”.


Mamo, jesteś w ciąży?!


Barbara i Aleksander Szanieccy przez wiele lat mieszkali w Targowej Górce k. Wrześni w Wielkopolsce. On ukończył Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Poznaniu, ona jest absolwentką tamtejszej Politechniki. Pracowała w zawodzie, prowadziła własną firmę, uczyła religii w szkole. On ma za sobą dwudziestoletni staż dyrektorski. Wychowali czworo dzieci: trzy córki i jednego syna, każde już na swoim. „Przez długi czas nikomu nie mówiliśmy o naszych planach – opowiada pani Barbara. – Wiedzieliśmy o nich tylko my i Pan Bóg. Przyszedł jednak czas, by powiadomić dzieci. Zaczęliśmy od córek. Chciałam je jakoś przygotować, więc mówię, że mamy im coś do powiedzenia, że to dla nas ważne, że wszystko dokładnie przemyśleliśmy, przemodliliśmy, i brnę dalej w tym tonie. A moja córka na to: mamo jesteś w ciąży! Nie! – mówię. Jedziemy na misje. Zamurowało je. W pierwszej chwili nie wiedziały, o co chodzi. Później stwierdziły, że można się było tego spodziewać, bo przecież mają szalonych rodziców”.


Czas przygotowania nie był długi. Przeszło dwudziestoletnia działalność i formacja w Domowym Kościele znacznie go skróciła. Po kursie na poznańskiej Akademii Medycznej i koniecznych formalnościach byli gotowi do wyjazdu.


„Nie nastawiałam się na żaden konkretny region świata. Myślałam, co Bóg da, to będzie. I dał Tanzanię. Mąż jest zapalonym geografem. Od razu wiedział: co, gdzie, jak. Ja wolę się przekonać na miejscu. Nie było wahań, wątpliwości. To jest niesamowite, że jak człowiek raz powie fiat (niech tak się stanie), to już nie ma odwrotu. Jeśli się zastanawia, to znaczy, że zostawia sobie furtkę, że próbuje sam podjąć decyzję. My powiedzieliśmy: panie Boże będziesz chciał, to nas wyślesz, nie, to będziemy robić to, co dla nas wymyśliłeś” – uśmiecha się misjonarka.


„Niektórzy znajomi przeżyli szok. Pytali, po co wam to, że przecież mamy dzieci, wnuki, że tutaj też jest tyle do zrobienia. W końcu wytaczali najcięższe argumenty, że zdrowie, wiek, choroby, że sobie nie poradzimy. Pewnie, że nie było łatwo, ale nie było też najgorzej. A choroby, nikt przecież nie jest w stu procentach zdrowy, zwłaszcza w naszym wieku, ale po co o tym mówić” – śmieje się pani Barbara.


Afrykańska lekcja pokory


Państwo Szanieccy wyjechali do Tanzanii w 2007 roku. Miejscem docelowym była parafia pw. św. Brygidy w Kowak – jedna z najstarszych w kraju. Pierwsze wrażenia – raj. Bogactwo barw, roślinności, dźwięków. Pierwszy posiłek, chiapata (rodzaj pieczywa), banany i sok ananasowy. Drugie wrażenie – bezgraniczne ubóstwo, brud, śmieci i choroby.


„Tanzania jest jednym z najbiedniejszych krajów świata i to widać na każdym kroku – mówi pani Barbara. – Pamiętam, że po przyjeździe uderzyła mnie myśl, że też ten wszechobecny brud ich nie razi. Dziś potrafię to wytłumaczyć. Przecież oni nie mają na chleb, więc co tu mówić o mydle. Wyjeżdżając nie mieliśmy konkretnych oczekiwań, wydawało nam się jednak, że wiele będziemy mogli zrobić. Na miejscu okazało się, że jest tak faktycznie, z tym że w innym znaczeniu. W Afryce wszystko jest inne niż w Europie. Wbrew pozorom jednak to nie oni są inni, ale my. Bo w Afryce wszystko jest naturalne, wszystko funkcjonuje według zasad dyktowanych przez naturę. Zrozumieliśmy, że możemy mieć wiedzę, możemy być super przygotowani, ale bez pokory nic nie wskóramy. Do dziś uczymy się pokory wobec Afryki”.


Buty i chleb z cukrem


Kowak leży w diecezji Musoma, w północno-zachodniej Tanzanii. Większość mieszkańców tej niewielkiej wioski położonej na wysokości blisko 1400 m utrzymuje się z uprawy niewielkich poletek. W Kowak mieści się Centrum utworzone przez Zgromadzenie Maryknoll, w którego skład wchodzi zespół szpitalny, szkoła średnia dla dziewcząt (jedna z najlepszych w Tanzanii) oraz szkoła podstawowa. On pracuje w szkole dla dziewcząt – prowadzi księgowość, pierwszą w historii placówki. Ona pomaga w przyszpitalnym ośrodku dla chorych na HIV i AIDS. Prowadzi gospodarstwo domowe, pracuje z dziećmi z wioski i maluje obrazy do kościołów.


„Jeśli ktoś myśli, że mamy jakieś spektakularne osiągnięcia, to go rozczaruję. Nic z tych rzeczy – wyznaje pani Barbara. – Ot, codzienna ciężka praca, drobne radości, małe cuda. Tam właśnie nauczyliśmy się je dostrzegać i cenić: że mąż wyprowadził finanse szkoły na prostą i można było wymalować sale i kupić telewizor, że dzieci z wioski nauczyły się kilku słów po angielsku, albo, że udało się dla nich kupić buty”


Przyznaje, że gdy ktoś przychodzi prosić ją o pomoc, odruchowo patrzy na nogi. Buty są w Tanzanii oznaką wyjścia z biedy, są oglądane, oszczędzane, podziwiane. Mało kogo stać na kupno nowych, podobnych do tych, jakie u nas sprzedają na bazarach. Jeśli już ktoś ma buty, to najczęściej japonki, albo półbuty, zwykle z second handu.


„Dzieci idąc do szkoły, albo grając w piłkę zdejmują buty i zakładają je dopiero przed wejściem do klasy. Podobnie jest z ludźmi, którzy przychodzą do kościoła. Idą niekiedy siedem, dziesięć kilometrów boso, byleby ich nie zniszczyć. A o to nietrudno, bo drogi są kamieniste, nierówne, pożłobione korytami strumieni powstających podczas ulew. Często widzę ludzi w dwóch różnych butach. Niektórzy noszą sandały zrobione ze starych opon. Tak, tak, w Tanzanii są tacy fachowcy. Ponoć z jednej opony można zrobić osiem par sandałów, oczywiście ręcznie szytych” – opowiada Barbara Szaniecka.


Proza życia


Praca w misji zaczyna się wczesnym rankiem. Po Mszy św. pani Barbara przygotowuje skromne śniadanie dla dzieci z wioski – kromkę chleba z masłem roślinnym i cukrem. „Dla wielu tych dzieci to pierwszy chleb w życiu, dla wielu jedyny posiłek w ciągu dnia. Czasami mogę im dać po cukierku, bananie, a jak nie ma, to choć po pół banana. Serce rośnie, tak bardzo się cieszą i boli, bo traktują te skromne łakocie, jak największy skarb”.


Misjonarka uczy dzieci z Kowak czytać, pisać i podstaw angielskiego. „Dogaduję się w tym języku, ale dla pewności zawsze mam przy sobie słownik. No i pomagam sobie rękami. Gestykulacja zresztą często wyraża więcej niż słowa i bardzo się przydaje” – śmieje się pani Barbara. Przyznaje również, że przeciętnego Europejczyka afrykańska codzienność może szokować.


„Większość mieszkańców naszej wioski mieszka w chatach krytych trzciną. Zamożniejsi mają domy z cegły, którą zresztą sami wypalają. Pracują przede wszystkim kobiety. Uprawiają poletka, rodzą dzieci, wychowują je, starają się o jedzenie, dbają o gospodarstwo. Wszystko jest na ich głowie. To smutne, ale mężczyźni nie czują się specjalnie odpowiedzialni za byt swoich rodzin. Pracują jeśli mają jakiś fach w ręku, a takich jest niewielu” – opowiada.


W Tanzanii ciągle jeszcze panuje wielożeństwo. Miejscowych trudno przekonać do monogamii. Żadna argumentacja nie odnosi skutku. Jedynym sposobem jest przykład. „Patrzą na nas i pytają mojego męża, czy jedna żona mu wystarcza – śmieje się pani Barbara. – Widzą, jak żyjemy, że się szanujemy i kochamy. To chyba najlepsze, co możemy zrobić, dawać przykład”.


Historia Pendy


Kobieta nie ma w Tanzanii łatwo. Kobieta, która została wdową ma jeszcze trudniej. Wedle miejscowego obyczaju trafia pod opiekę jednego z męskich krewnych męża. Penda Ogalo po śmierci męża została przekazana wraz z trójką dzieci jednemu z braci zmarłego męża. Urodziła mu kolejne dwoje dzieci. Gdy się rozchorował wyrzucono ją z chaty. Przygarnęła ją Hilda, wdowa po najstarszym bracie zmarłego męża Pendy, która ze względu na wiek nie wzbudziła już zainteresowania mężczyzn. Kobieta została ponadto katechistą i zaczęła pracę na plebanii, co w praktyce oznacza awans społeczny.


„Postanowiliśmy pomóc Pendzie. Najpierw daliśmy jej pracę, a potem pomyśleliśmy o jakimś domu dla niej. Narysowałam jego plan, a potem poszukaliśmy fundi – fachowca. Nie było łatwo. W Tanzanii budowa wygląda skrajnie inaczej niż w Polsce, jest jednak i wspólny mianownik, fachowców trzeba pilnować. Po wielu perypetiach dom dla Pendy stanął. Mieszka w nim wraz z dziećmi. Takich kobiet jest w Tanzanii bardzo wiele. Większość niestety nie może liczyć na pomoc” – mówi pani Barbara.


„To, co w Europie wydaje się oczywiste, w Afryce już oczywiste nie jest. Tutaj majątkiem jest krowa i kilka kurek, a najlepszą lokatą kapitału – kozy. Tutaj kobiety piorą w kałużach, bo każda butelka wody jest na wagę złota. Tutaj też mówi się: Europejczycy mają zegarki, a my mamy czas. Tutaj uśmiech i życzliwość nie są po coś, ale dla kogoś. Tutaj docenia się każdy dzień i chyba żyje spokojniej, bo bliżej natury i bliżej Boga”.


Czy warto było? 
„Takiego pytania w ogóle sobie nie zadaję. Gdy jest ciężko, idę do kościoła i się modlę. Najbardziej boli bezradność. Człowiek patrzy na to bezgraniczne ubóstwo, na ludzi umierających na AIDS i uświadamia sobie, jak niewiele może zrobić. Z drugiej strony, jeśli pomoże się choć jednemu człowiekowi, to już dobrze i Bogu niech będą za to dzięki”.

 


Bernadeta Kruszyk „Przewodnik Katolicki”
Fot. Arch. B.A. Szanieccy

Polecamy