sobota, 16 grudnia 2017 r.

Juliusz Dinder

Był Niemcem z pochodzenia. Prusacy wysuwając jego kandydaturę na arcybiskupa gnieźnieńskiego i poznańskiego oczekiwali, że stanie się on narzędziem germanizacji. Przeliczyli się jednak. Dinder nie tylko nie spełnił „pokładanych w nim nadziei”, ale wielokrotnie dawał Polakom dowody swojej życzliwości i lojalności.


 

Juliusz Dinder urodził się w 1830 roku na Warmii. Jego ojciec był krawcem, matka córką wójta. Wychowany w wielkiej religijności i szacunku dla Kościoła poszedł śladem swojego starszego brata i wybrał stan duchowny. Przez długi czas pracował jako wikariusz. Po dziewięciu latach od przyjęcia święceń został proboszczem w Gryźlinach, gdzie mieszkało wielu Polaków. Ze względu na nich zaczął szlifować swoją znajomość języka polskiego, za co parafianie wysoko go cenili. Szacunek zyskał także w następnej parafii w Królewcu, zwłaszcza gdy w czasie kulturkampfu przeciwstawił się udostępnieniu kościoła starokatolikom. Gdy władze pruskie zaczęły naciskać i grozić, zamknął kościół i przeniósł Najświętszy Sakrament na plebanię, gdzie przez następnych 13 lat sprawowano nabożeństwa. Gdy tylko było to możliwe proboszcz zaczął starania o odzyskanie świątyni, nie zdążył ich jednak dokończyć, bo powołano go do dużo trudniejszych zadań.

 

Wybór nowego arcybiskupa gnieźnieńskiego i poznańskiego po rezygnacji kard. Mieczysława Ledóchowskiego nie był sprawą łatwą. Musiał zadowolić aż trzy zainteresowane strony: władze pruskie, Stolicę Apostolską i kapituły wspomnianych diecezji. Te ostatnie w praktyce nie miały wiele do powiedzenia, rozmowy toczyły się więc bezpośrednio między Rzymem i rządem pruskim. Było ponoć aż 6 list kandydatów. Osiągnięcie kompromisu okazało się jednak dość trudne, bo Prusacy odrzucali wszystkich polskich kandydatów. W końcu obie strony zgodziły się na Juliusza Dindera, którego Rzymowi polecił były biskup warmiński. Sam zainteresowany szczerze wzbraniał się przyjąć tak wysokie stanowisko tłumacząc się słabym zdrowiem i mierną znajomością języka polskiego. Faktycznie chorował na cukrzycę, miał problemy ze wzrokiem i zapewne przewidywał, że jego nominacja wywoła rozgoryczenie Polaków. Sekretarz stanu nalegał jednak... Osadzenie Niemca na tronach arcybiskupich w Gnieźnie i Poznaniu rzeczywiście wywołało falę żalu i przygnębienia. Jeden z duchownych pisał do kard. Ledóchowskiego: „pogodziliśmy się, ale boli...” Nowy arcybiskup z kolei starał się jak mógł ten ból złagodzić. W pierwszym liście pasterskim prosił swoich diecezjan o cierpliwość, deklarował dobrą wolę i przyznał, że jemu również było trudno, zostawił bowiem wszystko, co mu było dotychczas miłe i drogie.

 

Obejmując urząd po latach kulturkampfu i nieobecności swojego poprzednika zastał smutną sytuację. 201 parafii nie było obsadzonych, łączna liczba księży pracujących w archidiecezjach nie przekraczała 450. Seminaria były zamknięte. I właśnie od ich otwarcia oraz nadania nowego regulaminu i programu studiów zaczął Dinder. Szczególną troską obejmował też organizacje kościele zwłaszcza Konfederację św. Wincentego à Paulo. Nie lubił pompy, a podczas oficjalnych uroczystości, ubrany w swoją okazałą prymasowską purpurę, czuł się speszony. Dobrze przeczuł swoją sytuację. Znajdował się między przysłowiowym młotem a kowadłem. Społeczeństwo polskie miało do niego pretensje o to, że jest Niemcem, zaborca zaś zarzucał mu, że w sposób niewystarczający przeciwdziała dążeniom polskim. Polacy mieli do niego pretensje również o to, że wyraził zgodę na niemiecką katechezę dzieci. Tak naprawdę jednak Arcybiskup usankcjonował już istniejący stan, w wielu szkołach bowiem od dawna religii uczono tylko po niemiecku. Koniec życia abp. Dindera przyszedł niespodziewanie. Zmarł 30 maja 1890 roku w wyniku ataku cukrzycy i krwawienia z dwunastnicy. Uroczystości żałobne odbyły się w katedrze poznańskiej.

 

Bernadeta Kruszyk
,,Słownik biograficzny arcybiskupów gnieźnieńskich i prymasów Polski” – ks. K. Śmigiel
Fotografia pochodzi z książki P. Mrozowskiego „Poczet Arcybiskupów Gnieźnieńskich Prymasów Polski”

 

Polecamy