środa, 18 października 2017 r.

Wojciech Baranowski

Przyszedł na świat w niewielkim Baranowie nad Gopłem, w parafii Polanowice. Nie kształcił się w zagranicznych szkołach, nie miał utytułowanych krewnych i nie posiadał wielkiego majątku. Na wszystkie zaszczyty zapracował sam – bystrością umysłu, sumiennością i wrodzonymi talentami.

 

Rodzice Wojciecha Baranowskiego należeli do drobnej szlachty i prawdopodobnie nie byli w stanie opłacić zagranicznych studiów syna, dlatego musiał radzić sobie sam. Dzięki wrodzonej inteligencji, rozumności oraz – jak pisze Korytkowski – rzadkiej powadze w postępowaniu trafił na dwór Zygmunta Augusta, gdzie dostał posadę w królewskiej kancelarii. Długo jednak nie wychodził z cienia. Dopiero za panowania Stefana Batorego, dzięki poparciu kanclerza Jana Zamoyskiego, otrzymał znaczniejsze urzędy i szybko zjednał sobie zaufanie monarchy swoją nieskazitelną postawą i pilnością w pracy. Król w dowód zaufania obdarzył go godnością podkanclerzego koronnego i mianował biskupem przemyskim. Baranowski miał wówczas 37 lat i był 4 lata po święceniach kapłańskich.

 

Baranowskiego doceniał także Zygmunt III Waza, następca Batorego na tronie polskim. Niestety doceniał do czasu. Biskup naraził się królowi nalegając, by nie wyjeżdżał na stałe do Szwecji, gdzie czekał na niego tron po ojcu. Po tym incydencie monarcha pozbył się Baranowskiego, nominując go biskupem płockim i tym samym pozbawiając urzędu podkanclerzego, którego tak znaczny hierarcha kościelny nie mógł już piastować. Decyzja ta wyszła diecezji płockiej na dobre, nowy biskup spędzał w niej bowiem więcej czasu i osobiście doglądał wielu spraw. Odbył trzy synody diecezjalne, założył seminarium duchowne w Pułtusku oraz pilnie wizytował i budował kościoły. Diecezja płocka nie zaspokajała jednak jego ambicji. Począł się ubiegać o tron biskupi w Krakowie – niestety bez powodzenia. Jakby niepowodzeń było mało, stał się bohaterem prześmiewczej satyry „Babie Koło” autorstwa ks. Grochowskiego, w której przekupki krakowskie radzą, kto ma być ich biskupem. Baranowski czuł się żartem tak bardzo dotknięty, że ścigał Grochowskiego posuwając się nawet do jego uwięzienia. Nie był jednak mściwym człowiekiem. Oznaczał się raczej surowością, powagą i brakiem uprzejmości, czym zrażał do siebie ludzi.

 

W 1607 roku Baranowski otrzymał nominację na biskupstwo kujawskie, które też nie zaspokoiło jego ambicji. Rok później starał się o przeniesienie na stolicę prymasowską w Gnieźnie, co tym razem skończyło się sukcesem. Król zwlekał co prawda z nominacją 4 miesiące, ale ostatecznie ją wystawił, a papież Paweł V zatwierdził translację. Baranowski wsławił się w Gnieźnie tym samym, czym w poprzednich diecezjach: surowością, gorliwością pasterską oraz przykładem życia kapłańskiego. Po wielkim pożarze katedry w 1613 roku nie żałował środków na jej odbudowę ofiarowując drewno na dach i pokrywając 2/3 kosztów restauracji. Prymas odnowił i przyozdobił także jedną z kaplicy, przeznaczając ją na miejsce swojego wiecznego spoczynku. Efekt prac, a także monumentalny nagrobek, który kazał sobie wystawić, można oglądać do dziś.

 

Baranowski zadbał także o gospodarkę arcybiskupstwa gnieźnieńskiego i wydatnie powiększył jego dochody. Przekazał również dla swoich następców pałac, który wybudował w Warszawie. Jako intereks kierował także sprawami państwa polskiego w czasie nieobecności króla zajętego wojną z Rosją. Koniec życia zastał go w ulubionym Łowiczu, gdzie najczęściej rezydował. Zmarł 23 września w wyniku gangreny rany ręki. Zgodnie z życzeniem został pochowany w katedrze gnieźnieńskiej, w krypcie wspomnianej już kaplicy, która do dziś nazywana jest kaplicą Baranowskiego.

 

Bernadeta Kruszyk
„Arcybiskupi gnieźnieńscy” – J. Korytkowski
,,Słownik biograficzny arcybiskupów gnieźnieńskich i prymasów Polski” – ks. K. Śmigiel
Fotografia pochodzi z książki P. Mrozowskiego „Poczet Arcybiskupów Gnieźnieńskich Prymasów Polski”

 

Polecamy