sobota, 25 października 2014 r.

MARKOWICE

Sanktuarium Matki Bożej Miłości i Pokoju Pani Kujaw
Markowice 5
88-320 Strzelno
tel. 52 318 17 67
www.markowice.eu

 

Główne uroczystości - pierwsza i druga niedziela lipca

 

 

 

 

 

 

 

Wirtualny spacer po sanktuarium 


Historia figury Matki Bożej Markowickiej jest długa i zaskakująca. Rzeźba wykonana została najprawdopodobniej pod koniec XV wieku w jednym z warsztatów śląskich. Pierwotnie należała do sióstr boromeuszek z Trzebnicy k. Wrocławia. Później trafiła do klasztoru sióstr norbertanek w Strzelnie, które przekazały ją swojemu spowiednikowi ks. Michałowi Widzińskiemu w dowód wdzięczności za jego długoletnią posługę, albo w chwili, gdy opuszczały klasztor uciekając przed epidemią cholery. Która hipoteza jest prawdziwa, nie wiadomo, pewnym jest jednak, że w 1630 roku ks. Widziński przywiózł rzeźbę do Markowic i ulokował ją w kaplicy pałacu właścicieli wsi, państwa Bardzkich. Ich córka Marianna ciężko wówczas chorowała. Zrozpaczeni rodzice złożyli ślub, iż jeśli ich dziecko wyzdrowieje, wybudują w swoich dobrach kościół ku czci Matki Bożej. I tak się stało... W kronice zapisano, iż dziewczynka została przywrócona do zdrowia, a wieść o tym obiegła całą okolicę. Nękana epidemią cholery ludność Kujaw zaczęła zjeżdżać do Markowic, by szukać ratunku u Tej, za wstawiennictwem której cud się dokonał. Według kronikarskich zapisków ponad 130 osób wyprosiło łaskę uzdrowienia. Badająca poszczególne przypadki Komisja Biskupia, 32 spośród nich uznała za cudowne, resztę zaś zaliczyła do znaków szczególnej łaski Bożej. Komisja rozpatrzyła też pozytywnie prośbę sióstr norbertanek, dotyczącą zwrócenia im cudownej figury Matki Bożej. Miała ona powrócić do klasztoru w Strzelnie. Nigdy jednak tam nie dotarła. Tych, którym zlecono przewiezienie rzeźby za każdym razem dopadała niemoc i choroba. Ludzie rozprawiali, że Matka Boża tak ukochała Markowice i tutejszy lud, że nie chce go opuścić. O Jej pozostaniu w wiosce zadecydował ostatecznie abp Maciej Łubieński, a właściwie pożar trawiącego biskupie zabudowania podczas burzy, którego ugaszenie hierarcha u markowickiej Madonny uprosił. Niebawem zaczęto budować dla Niej drewniany kościół, w miejscu, gdzie ponoć słyszano tajemnicze śpiewy, a świece podczas nawałnicy nie gasły. Gdy okazał się za mały wzniesiono drugi, murowany, który stoi i dziś.

  

Jeszcze raz w dziejach Markowic ,,uparta” Madonna nie pozwoliła się wywieźć z wioski. Było to w czasie II wojny światowej. Kościół i klasztor, nad którym pieczę, od czasów międzywojnia, sprawowali misjonarze oblaci Maryi Niepokalanej, zajęli Niemcy. W pierwszym urządzono magazyn, w drugim szkołę dla ,,Hitler Jugend”. Cudowną figurę okupanci chcieli przewieźć do muzeum w Berlinie. Uratowało ją dwóch braci zakonnych którzy z narażeniem życia ukryli rzeźbę najpierw na strychu, a potem w wiosce, gdzie przechowywana była w piwnicach, kopcach ziemniaków, pod węgłami i słomą. W końcu, za zgodą władz kościelnych postanowiono wywieźć ją z Markowic. Jak niegdyś, przeszkodziła w tym choroba… W dniu akcji, brat Stanisław Latosi, który podjął się przewiezienia figury, trafił do szpitala. Później stwierdził, że wypadek ten dał mu do zrozumienia, że Matka Boża Markowicka nie chce opuszczać swojego ludu, który mimo jego surowego charakteru, tak bardzo ukochała. Po wyzwoleniu oblaci powrócili do klasztoru i z zapałem zabrali się za usuwanie zniszczeń. Do sanktuarium ściągały rzesze wiernych. Pierwszy powojenny odpust zgromadził blisko 25 tysięcy pielgrzymów. W 1957 roku przy klasztorze utworzono Niższe Seminarium Misjonarzy Oblatów, którego wychowankowie pracują dziś w najbardziej odległych zakątkach świata m.in.: na Madagaskarze i w Kamerunie. Kwitł także kult Matki Bożej. W czerwcu 1965 roku, na mocy decyzji papieża Pawła VI, Prymas Tysiąclecia kard. Stefan Wyszyński dokonał koronacji markowickiej Madonny i nadał Jej tytuł Królowej Miłości i Pokoju. W uroczystości uczestniczyło ponad 30 tysięcy wiernych i wielu dostojników kościelnych, wśród których znajdował się także syn kujawskiej ziemi, przyszły Prymas i kardynał, ks. Józef Glemp.

 

  

Polecamy